sobota, 14 lutego 2026

Kobieta w teatrze - Rozmowa z Marią Gładkowską, aktorką teatralną, filmową i telewizyjną.




Z panią Marią Gładkowską spotykam się pomieszczeniach biurowych Teatru Nowego w Łodzi przed próbą spektaklu „Testament Szekspira” w reż. Marka Pasiecznego. Przy pysznej herbacie toczy się całkiem poważna rozmowa o teatrze i wyzwaniach przed jakimi staje kobieta wybierając zawód aktorki.



Fot. Materiały promocyjne Teatru Nowego w Łodzi



Maria Gładkowska - A była Pani na jakimś moim spektaklu?

Agnieszka Kowarska - Na tych granych w Łodzi to na wszystkich.

Na „Testamencie Szekspira” też?

Tak. Recenzowałam ten spektakl.

Nie czytam recenzji. Nie czytam dlatego, że denerwuję się, kiedy ktoś czegoś nie zrozumiał. Albo myślę, że coś źle zrobiłam, że nie było to czytelne, że nie zrobiłam właściwego przekazu. Denerwuję się po prostu.

„Testament Szekspira” bardzo mi się podoba. Jest grany z dużym bagażem emocjonalnym, autentycznie i wiarygodnie.

Marek Pasieczny bardzo mi w tym pomógł. Ja już wcześniej byłam tutaj w teatrze, kiedy Mirka Marcheluk była dyrektorem a Marek Pasieczny realizował tu „Złodzieja”, w którym grałam z Darkiem Kowalskim. Podczas pracy przy „Złodzieju” czułam się bardzo bezpiecznie. Bo muszę powiedzieć, że wcześniej niewiele grałam w teatrze. Grywałam, owszem, w Teatrze Adekwatnym pani Wójcik. I gościnnie grywałam. Grywałam jeszcze w Teatrze Powszechnym w Warszawie za życia świętej pamięci Zygmunta Hübnera. No i w innych teatrach. Ale nie miałam takiego bliskiego kontaktu z teatrem. I praca z Markiem dała mi poczucie bezpieczeństwa na scenie.

To znaczy?

Dostrzegłam w nim taką wrażliwość, a jednocześnie umiejętność przekazania aktorowi, czego oczekuje, co chce wyjąć z tego tekstu i przekazać. I kiedy myślałam o monodramie i znalazłam ten tekst, to pomyślałam sobie, że Marek mógłby to wyreżyserować. Bo mamy podobne widzenie teatru, podobną wrażliwość na sztukę i słowo. Wiedziałam, że mi pomoże i nie zawiodłam się.

Mogła pani wybrać reżysera?

Dyrektor Dudek zapytał, z kim mogłabym pracować przy „Testamencie…” i ja właśnie wskazałam Marka. Powiedziałam, że po prostu znajdziemy wspólny język i jestem pewna, że mnie poprowadzi dobrze w tej roli. I bardzo się cieszę, że to właśnie Marek mnie przygotował do tego spektaklu.

Pomimo doskonałego rozumienia istoty teatru, to jednak częściej występowała pani w filmach.

To prawda, ale to wynikało z moich priorytetów życiowych jako kobiety. Być może właśnie dlatego tekst „Testamentu Szekspira” stał mi się tak bardzo bliski. Kiedy kończyłam szkołę aktorską w Warszawie, poprosił mnie ktoś, żebym spotkała się z dyrektorem Dejmkiem, wówczas dyrektorem Teatru Polskiego w Warszawie, bo on myśli o tym, żeby mnie zaangażować. Ale ja wtedy byłam w ciąży z moją córeczką. To był początek ciąży a mój mąż nie akceptował tego, żebym była w teatrze. Absolutnie nie akceptował tego.

Dlaczego?

Teatr jest zaborczy. Teatrowi trzeba się poświęcić. A ja mając już synka i będąc w ciąży z drugim dzieckiem nie bardzo mogłam sobie na to pozwolić. Dlatego nie poszłam na tę rozmowę i nie skorzystałam z zaproszenia. Natomiast po dwóch latach ponownie zwróciłam się do dyrektora Dejmka i poprosiłam go o spotkanie, powołując się na to, że kiedyś był zainteresowany współpracą ze mną. Nasza rozmowa była dość zabawna, bo dyrektor Dejmek powiedział, że „teraz to pani się już zestarzała”. Ja mu wtedy odpowiedziałam, że dobrze się trzymam.

I jak zakończyło się to spotkanie?

Jego to rozbawiło i podpisaliśmy umowę. Zaangażował mnie na etat. Ale krótko po podpisaniu umowy, myślę, że to było kilka miesięcy później, nie pamiętam w tej chwili dokładnie, zostałam zaproszona na zdjęcia próbne do serialu. A konkretnie do „Białej wizytówki” w reżyserii Filipa Bajona i jednocześnie do filmu „Magnat” i do serialu „Nad Niemnem”. Tak się złożyło, że wygrałam obydwa castingi, wówczas zdjęcia próbne i otrzymałam równolegle propozycje do dwóch głównych ról.

Sytuacja stała się trochę problematyczna...

Poszłam na spotkanie z dyrektorem Dejmkiem, mówiąc mu, że chciałabym zagrać w jednym z nich. Dyrektor Dejmek powiedział: „musi pani zdecydować, albo film, albo teatr”. „Jeżeli wybierze pani film, to będziemy musieli rozwiązać naszą umowę za obopólnym porozumieniem stron.”

I jaka była Pani decyzja?

Rola Daisy w filmie „Magnat” i w „Białej wizytówce” były dla mnie na tyle ciekawe i kuszące, że wybrałam film. Rozwiązaliśmy umowę za porozumieniem stron. Takie było moje spotkanie z dyrektorem Dejmkiem. Jak się okazało, nie był to koniec mojej relacji, choć zaangażowałam się tutaj do teatru, kiedy Mirka Marcheluk zaproponowała mi współpracę a dyrektor Dejmek już nie żył. Ale ja jednak czułam, że to on mnie tu ściągnął.

Wybrała pani „Magnata” i teatr zszedł na dalszy plan.

Tak. Zagrałam w „Magnacie”. A później jeszcze urodziłam trzecie dziecko, syna. Nie mogłam sobie pozwolić na takie całkowite poświęcenie się teatrowi. Ale grywałam gościnnie, tak jak powiedziałam, współpracowałam z Teatrem Adekwatnym. No i grałam w filmach. Czyli mogłam regulować swój czas jednocześnie opiekując się dziećmi. Bo tak jak powiedziałam, miałam priorytety. Czyli dla mnie były to dzieci i rodzina – one stały na pierwszym miejscu. No i zajęłam się wychowywaniem dzieci i kształtowaniem ich. Stąd moja, może mała, obecność na scenie. Ale brakowało mi teatru. Cały czas brakowało mi teatru.

A w którym momencie zdecydowała Pani, że tego teatru będzie więcej?

Kiedy dzieci pokończyły studia, to znaczy wtedy jeszcze Adam, mój najmłodszy syn, był na studiach, kiedy wróciłam do teatru. Właściwie był jeszcze w klasie maturalnej, potem był na studiach. Ale starszy syn i córka skończyli już studia, wyfrunęli z domu. No i wtedy pomyślałam, że... Poza tym praktycznie sama wychowywałam te dzieci. Tak się złożyło. Mój drugi mąż zmarł. No i trzeba było dostosować karierę do sytuacji. Tak, tak, tak.

Całkiem jak u żony Szekspira.

Ona też poświęciła się. Właśnie Anne Hathaway pokazuje nam, jak wygląda rola kobiety w życiu mężczyzny. W życiu w ogóle. Rola kobiety od wieków była drugoplanowa. Pierwsze skrzypce zawsze grali mężczyźni.

I dlatego w repertuarach jest więcej ról męskich?

Bo pisali je przeważnie mężczyźni. Pisali o sobie. No i grali mężczyźni. Mówili o sobie. Kobieta jest dodatkiem do mężczyzny. Ewa została stworzona dla potrzeby Adama. No właśnie... I to tak się ciągnie za nami.

A czy to się zmieni?

Chyba nie. Chyba się nie zmieni. To znaczy, ja nie chcę przez to powiedzieć, że umniejszam w ten sposób rolę i postawę mężczyzny. Nie. Ale jestem zdecydowanie zwolenniczką partnerstwa. Partnerstwa w życiu prywatnym i w życiu zawodowym. Boleję nad tym, że kobiety nadal mają niższe uposażenia, niższe pensje niż mężczyźni. Mniej zarabiają nawet na podobnych, równorzędnych stanowiskach. Boleję nad tym, bo nie jest to sprawiedliwe.

Muszą więcej pracować i więcej poświęcać.

Tak, zdecydowanie tak. Chociaż dziś te role troszeczkę się zmieniają. Jest wielu mężczyzn, którzy przecież biorą urlopy tacierzyńskie po to, żeby opiekować się dzieckiem, jeżeli kobieta chce się realizować zawodowo. Czy też z tych ról życiowych wynika, że to kobieta pracując będzie miała wyższe uposażenie niż mężczyzna.

Czy w przypadku robienia planów repertuarowych w teatrach sytuacja choć trochę zmieniła się na korzyść kobiet? Więcej jest takich dobrych, mocnych ról kobiecych?

Oczywiście tak. Ale to dlatego, że kobiety walczą o swoje prawa, walczą o swoją obecność w życiu i chcą być traktowane jak partnerki. I kobiety doprowadzają do tego, że ich rola jest coraz większa. To znaczy zawsze była duża, ale niedostrzegalna zawodowo. Tak. Myślę, że tak. Kobiety zostają reżyserkami, kobiety robią piękne filmy, wspaniałe spektakle na deskach teatralnych. Kobiety są operatorkami za kamerą, choć jest to bardzo trudny zawód dla kobiety, ale jednak dają radę. Także myślę, że coraz więcej jest ról dla kobiet a moja rola w „Testamencie Szekspira” o tym świadczy.

Grywa Pani w komediach. Czy przygotowanie się do roli komediowej jest łatwiejsze niż do dramatycznej czy tragicznej? Komedia to jest taka łatwa, przyjemna, leciutka produkcja, zatem co to za problem i wysiłek dla aktora jest zagrać?

Może zacznijmy od pewnych predyspozycji. Ja zawsze myślałam o sobie, że jestem zdecydowanie aktorką dramatyczną - bardziej aniżeli aktorką komediową. Myśląc o swoich możliwościach to tak siebie postrzegałam. Zresztą taka jestem też w życiu - raczej dużo bardziej poważna, zanurzona we wnętrzu, raczej introwertyczna. I wydawało mi się, że komedia będzie dla mnie zbyt trudna. Ale właśnie we współpracy z Markiem Pasiecznym przy „Złodzieju”, okazało się, że jednak są tam we mnie jakieś pokłady komediowe, tylko trzeba do nich dotrzeć. No i ta praca pokazała, że mogę. A później przyszły „Przyjazne dusze” w reżyserii Pawła Pitery, które miały ogromne powodzenie. Właśnie występując w „Przyjaznych duszach” poczułam się bardzo swobodnie, dobrze i sprawiało mi to ogromną przyjemność. Nie było to dla mnie żadną trudnością, odkryłam, że komedię też mogę jak najbardziej grać.

Czy pracując nad rolą komediową inaczej przygotowuje się pani do roli?

Nie zastanawiałam się na tym... Nie, po prostu próbuję wydobyć z tego tekstu, który mam wszystko to, co tam jest albo sama nadaję zabawną barwę. Może to też jest związane z pewną dojrzałością, że dzisiaj myślę o życiu trochę inaczej niż, powiedzmy, 30 lat temu. Uważam, że humor na co dzień, nawet w najtrudniejszych sytuacjach, jest nam niezbędny. Bo sama wrażliwość i takie myślenie bez humoru o trudach codzienności to zmierza chyba w złą stronę, raczej bardziej medyczną, chorobową. Humor nam jest potrzebny bardzo. Myślę, że jak najwięcej powinniśmy się śmiać, nawet sami z siebie. Może nawet przede wszystkim sami z siebie. Trzeba mieć dystans do wielu spraw.

Jak radzi sobie pani z taką różnorodnością tożsamości, z którymi musi się zmierzyć? Przecież każda rola powinna być przeżyta, w każdą trzeba wejść, wiarygodnie zagrać ją i na jakiś czas stać się po prostu kimś innym. Czy pani utożsamia się z postacią, którą gra? Aktorstwo to chyba zawód wysokiego ryzyka?

To jest zawód bardzo wysokiego ryzyka. Psychika aktora i ciało aktora są instrumentami, na których gramy. A słowa... Każde słowo ma znaczenie dla mnie, każde słowo ma wartość. Jest jak nuta w partyturze. I kiedy wypowiadam słowo to za tym słowem jest myśl, jest emocja. I dla mnie tekst, który otrzymuję, jest źródłem, z którego wychodzę, więc on sam mnie niesie. W każdym zapisanym słowie jest emocja, jakaś myśl i ja próbuję tę nutkę zagrać na sobie, tak jak na instrumencie gra muzyk. I teraz ważne jest to, żeby zachować do tego dystans i umieć odciąć się od postaci, od tekstu, od charakteru postaci, od roli i wiedzieć, że to jest to, co próbuję przekazać widzowi a przy tym zachować to swoje „ja”, po to, żeby mieć zdrową psychikę.

To chyba nie jest łatwe?

To jest bardzo trudne. Wielu aktorów, może dziś jest takich mniej, ale wielu aktorów dawniej, kiedy byłam młodsza, utożsamiało się z postacią na życie. Jeśli aktor grał Hamleta, to Hamletem był w domu, na ulicy i w sklepie. I to jest właśnie bardzo niebezpieczne, bo nasza psychika jest taka delikatna. Bardzo delikatna. Pamiętam panią profesor Barbarę Lasocką, która uczyła mnie historii teatru i dramatu - o niej pisałam pracę magisterską - i jej mąż, który był bratem Wojciecha Pszoniaka, wychodził z domu i był w teatrze na godzinę, dwie przed spektaklem. Najpierw ćwiczył, to znaczy wykonywał ćwiczenia fizyczne, a potem pracował z tekstem i wchodził w rolę. I on w tej roli był, wychodził z teatru i nadal w tej roli był. Wielu aktorów tak robiło, również Tadeusz Łomnicki, który był moim nauczycielem.

Miała pani fantastycznych nauczycieli.

Będąc w Szkole Teatralnej na ul. Miodowej w Warszawie miałam szczęście do wspaniałych nauczycieli. Opiekunem mojego roku początkowo był Jan Świderski. Miałam z nim zajęcia. Miałam zajęcia z Tadeuszem Łomnickim, ze świętej pamięci Zofią Mrozowską. Studenci reżyserii pracowali z Zapasiewiczem, z panem Holoubkiem, a myśmy czasami u tych młodych reżyserów grywali. Więc ten kontakt z takimi osobowościami cały czas był. A że człowiek uczy się również obserwując, więc to dla mnie były wspaniałe lekcje. Tadeusz Łomnicki na zajęciach bardzo często był postacią, którą grał aktualnie w teatrze. I myśmy to widzieli - „o teraz robi to, gra rolę taką i tak, no dobra, to jest tym i tym”. Dziś u młodych aktorów, ja już tego nie dostrzegam, ale być może za mało ich znam. Jest to ogromne niebezpieczeństwo dla psychiki aktora, jako człowieka, żeby tę rolę przygotować, żeby zagrać ją dobrze a jednocześnie pozostać sobą i pozostawić swoją osobowość i swoje życie w tych ramach takich twardych.

Czy była jakaś rola szczególnie dla Pani trudna, taka właśnie maksymalnie obciążająca?

Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Myślę, że każda rola, do której się przygotowywałam, była na dany moment trudnością, z którą się mierzyłam i nie umiem odpowiedzieć na takie pytanie. Ale bardzo dobrze np. czułam się w roli Daisy w „Magnacie”. To była fantastyczna praca, i z reżyserem, i z aktorami, którzy tam grali, z Jankiem Nowickim. To była wspaniała praca. W serialu, nie ma tych scen w filmie, ale w serialu są sekwencje, gdzie gram matkę Ola Łukaszewicza, Janka Englerta i Bogusia Lindy, w których charakteryzacją postarzenia usiłowałam swoją psychikę dostosować do granej postaci. Byłam wtedy bardzo młoda a przecież to sceny z dorosłymi synami. Więc to była dla mnie trudność, żeby przekazać, przeistoczyć się w taką postać i przekazać widzowi sposób patrzenia starej kobiety na dorosłego syna. Dzieci miałam wówczas maleńkie, więc to była trudność.

Czyli w przypadku „Seksu dla opornych” wejście w rolę dojrzałej kobiety, która stara się odświeżyć swój związek w jakiś sposób z mężem okazało się znacznie łatwiejsze?

Zdecydowanie tak, bo dla młodej kobiety, dwudziestoletniej czy trzydziestoletniej, trudno jest zagrać taką rolę, bo to nie jest kwestia tylko charakteryzacji, ale konstrukcji myśli. Bo skąd może wiedzieć, jak przebiegają myśli dojrzałej, starszej kobiety i jej relacji z dorosłym już synem? Co ona ma jemu przekazać? Dla mnie to było wówczas jednak trudne.

Zakładam, że dzisiaj przychodzi to pani z łatwością.

Dzisiaj już jestem w odpowiednim - delikatnie mówiąc – wieku dojrzałym. Moje doświadczenia życiowe, moje przejścia i trudy, które mam za sobą, na tyle mnie ubogaciły, że dały mi wiedzę i poczucie takiej wewnętrznej dojrzałości i zrozumienia problemu w postaci, którą gram. Zyskałam przez swoje życie to, co teraz było mi potrzebne do stworzenia postaci, do zagrania tej roli.

W tym spektaklu pojawia się Pani w erotycznej bieliźnie. Czy to było bądź nadal jest w jakiś sposób dla Pani krępujące?

Dla aktorki nie powinno być krępujące, bo to kwestia profesjonalizmu. Przecież jest cały czas kobietą i człowiekiem z drugiej strony, tak? Każdy patrzy na to inaczej. Ja mogę tylko powiedzieć o sobie, bo obserwuję młodych aktorów dziś, którzy zupełnie inaczej do nagości podchodzą, ale też i w moim pokoleniu było inne podejście. Ja zawsze miałam trudność z eksploracją mojej cielesności. Nie znajdzie pani w żadnym filmie mojego aktu. Nigdy się nie rozebrałam przed kamerą, ponieważ uważałam, że nie było to potrzebne. Bo żeby zagrać, żeby przekazać widzowi scenę intymności związanej z cielesnością, niekoniecznie trzeba tę cielesność pokazywać. Ale jeszcze raz podkreślam, to jest moje zdanie, to jest moje odczucie i ja w żaden sposób nie chcę wypowiadać się o tym, jak do tego podchodzi inny aktor czy aktorka.

Aktorka ma prawo się wahać?

Absolutnie. To jest sprawa bardzo indywidualna, bardzo osobista. Ja miałam zawsze z tym jakiś problem, ale właściwie najbardziej to uważałam, że to nie jest konieczne. Ale gdybym miała do zagrania taką scenę, jak Janda miała w „Przesłuchaniu”, to też bym się rozebrała, bo to było potrzebne i ważne. Jednak w tych rolach, które mnie dotyczyły i z którymi ja miałam styczność, nie było to konieczne. A teraz, dalej idąc, mam dzisiaj dystans do siebie. Inaczej patrzę na moje życie dzisiaj, aniżeli 30 lat temu.

Mam wrażenie, że akceptuje pani upływ czasu i to, że pojawia się starość.

Wszyscy się starzejemy, czas jest nieubłagany dla wszystkich jednakowo. Nasze ciało wietrzeje, przybywa nam zmarszczek. Pojawiają się mało estetyczne fragmenty na naszym ciele. Ale jak powiedziała Emma Thompson: „To jest nasze ubranie w tym życiu”. To jest nasze ubranie i to jest jedyne, co posiadamy. Dlaczego mamy się tego wstydzić? Dlaczego mamy się wstydzić tego, że się starzejemy? Moja mama mówiła: „Kochanie popatrz na te róże. Ona była taka piękna, jak była świeżo ścięta, a teraz jest zwiędnięta i pomarszczona, ale nadal jest piękna”. Dlaczego nie chcemy dostrzegać piękna w dojrzewaniu i starości? Jak wzruszające są dla mnie sceny, kiedy małe dziecko, śliczne, delikatne, wrażliwe dziecko trzyma dłoń dziadka, babci, pomarszczoną, spracowaną, ciężką od tej pracy. Jakie to wzruszające jest.

Niektórzy nie potrafią tego zaakceptować.

Owszem. Była to dla mnie trudność, z którą musiałam się zmierzyć, bo wstyd dotyczy nas wszystkich. I mam świadomość tego, że moje ciało dziś nie wygląda tak jak trzydzieści, czterdzieści lat temu. Ale oprócz mnie na tym świecie są miliony kobiet, które są w takiej sytuacji jak ja i też mają niedoskonałości, mają to wszystko, co wiąże się z wiekiem. Ja bym chciała, żeby one miały odwagę nie wstydzić się tego. I żeby im to przekazać, musiałam dokonać na własnym organizmie taką operację, żeby przełamać w sobie ten wstyd. Bo to czemuś ma służyć.

„Seks dla opornych” to świetnie napisana i zagrana komedia. A przy tym mądra.

Ma przesłanie, że życie dojrzałego człowieka też może być piękne, też może być atrakcyjne i radosne. I wcale nie musi być smutne i to, że kończymy te pięćdziesiąt lat, to przecież nie jest koniec życia. Nie jest, bo nadal możemy się nim cieszyć a skoro jesteśmy na tym świecie, to naszym obowiązkiem jest cieszyć się z tej każdej chwili, którą mamy. Cieszyć się, a zarazem przekazywać i dawać innym, młodszym wzorzec. Przekazywać im coś, co będzie miało dla nich wartość, co będzie dobrą lekcją. Tak do tego ja podchodzę, ale jeszcze raz powtarzam, to jest mój stosunek do cielesności.

Zakładam, że ten spektakl będzie jeszcze długo grany?

Tego nikt nie wie.

W „Tajemniczym ogrodzie” ma pani małą, ale wydaje mi się – znaczącą rolę. Świetnie oddała pani przemianę granej postaci – od osoby zdyscyplinowanej, zasadniczej, nieco oschłej po radosną, cieszącą się tym, co jest tu i teraz. Czy granie w sztukach dla dzieci czymś się różni od gry w sztukach dla bardziej dorosłych osób? Trzeba o czymś szczególnie pamiętać grając spektakle familijne?

Na początku „Tajemniczy ogród” był dla mnie dużym przeżyciem w filmowej wersji Agnieszki Holland. To był film przepiękny. Oczywiście wcześniej, jeszcze jako dziewczynka czytałam książkę. Moje wyobrażenie całego życia bohaterów, tej całej historii było oczywiście troszeczkę inne niż to przedstawiła Agnieszka Holland. Piękniejszy był film od moich wyobrażeń.

Pani Medlock jest surową, trudną do zrozumienia postacią. Dlaczego ona taka jest?

Ta kobieta jest samotna. Ta kobieta żyje tylko i wyłącznie życiem mieszkańców tego domu, czyli swoich gospodarzy, właścicieli domu i dziecka. W jakimś sensie to jest naturalne, że nie mając innego życia, to oni stali się jej rodziną. W związku z czym ona emocjonalnie, uczuciowo była zaangażowana we wszystko, co dotyczyło tego domu i tych ludzi, mieszkańców tego domu. Ponieważ była starsza od pana domu, to mogła go traktować trochę jak syna, a potem jego syna jak swojego wnuczka. Więc te uczucia są, ona je ma, ale nigdy nie były wyeksponowane. To jest w niej, w środku. Ale przede wszystkim miała poczucie, bardzo silne poczucie obowiązku, żeby wykonać swoją pracę w tym domu, zarządzać tym domem, żeby wszystko grało jak w zegarku. I dlatego ona musi być twarda, surowa, ona musi być w związku z tym nieprzyjemna, zewnętrznie. A co się dzieje w niej, w środku, tego nikt nie wie, bo jej życie dla nikogo nie jest istotne. Nikt się nią nie przejmuje, przecież jest to człowiek, inny człowiek.

Oglądając panią w początkowych scenach, myślałam sobie „coś tu mi nie gra, Medlock taka nie jest, ona udaje”.

No właśnie, żeby taką postać zagrać, to musiałam sobie zbudować ten background, czyli to co się dzieje z nią, kiedy nagle odzywa się w niej młoda kobieta, odzywa się w niej dziecko. No, na dobrą sprawę, to wszyscy jesteśmy dziećmi do końca naszych dni, takimi przerośniętymi dziećmi. I ważne jest, żeby tę swoją wrażliwość dziecięcą zachować i wcale nie wstydzić się jej i też nie ukrywać przed światem, bo po co? Kiedy ta młodość, ta świeżość w postaci się obudziła, to miałam wrażenie w pierwszym momencie, że ta postać tak trochę niezręcznie czuje się w nowej roli, że jest fajne tak cieszyć się. I takie było troszeczkę zdziwienie się tej postaci, że w nowej sytuacji dla siebie odnalazła się. To znaczy w nowej na chwilę obecną, bo być może taka była dawniej, wcześniej, znacznie wcześniej w młodości i to było niesamowite, jak to się zmieniło.

Ale pozostała na „swoim” miejscu...

Bo zmieniła się wewnętrznie, ale prace, które ona wykonywała, obowiązki, które jej dotyczyły nie. Ona musiała po prostu wykonywać swoje obowiązki, bardzo poważnie podchodziła do swojej pracy. I ona mówi, jeżeli ten pan mnie zwolni, to co ja zrobię? Przecież tu jest moje życie, ja tu jestem od zawsze, gdzie ja znajdę drugi taki dom? Czy ja lubię ten kurz, to sprzątanie, te kąty wszystkie? No tak, lubię, bo to jest moje życie, to jest jej życie. Dlaczego ona ma tego nie lubić? Ona nie miała innego życia. Czy nie lepiej jest lubić swoje życie, nawet jeśli ono jest trudne, nawet jeśli ono wymaga od nas pracy nad sobą? A o co chodzi w tym naszym życiu? Czy nie chodzi o to, abyśmy się radowali, cieszyli tym, co mamy, ale jednocześnie żebyśmy pracowali nad sobą? Całe życie pracujemy nad sobą, doskonalimy się.

Dużo ważnych pytań, ale mało kto sobie na nie odpowiada...

I nagle odkryła, że ona nie wyobraża sobie życia poza tym domem. Nie wyobraża sobie, bo tylko to ma, bo nie ma swojego domu, nie ma dziecka, nie ma wnuka, nie miała męża, czyli to jest jej życie i ona nie chce niczego innego. A nagle powstało pytanie: „Boże, jeżeli on mnie zwolni, to co ja ze sobą zrobię?”

Ale czy ten strach rzeczywiście pojawia się w niej, w tej postaci?

No tak, właśnie w tym momencie, dlatego też ona tak usilnie chce perfekcyjnie wykonywać swoje obowiązki. „Mary, gdzie ty jesteś? Ja muszę się tobą zaopiekować. Mary, ty powinnaś to zjeść, idź spać, zjedz, idź na spacer, zrób to, co masz zrobić.” To są rzeczy do wykonania. Musi to zadanie wykonać. To są obowiązki i ona musi to wykonać. I teraz jeżeli ona nie dopilnuje tych swoich obowiązków, to straci to swoje życie, a ona to życie kocha, ona lubi to swoje życie.

Nie wiem, czy pani zgodzi się ze mną, ale wydaje mi się, że w tej chwili opowiada pani o sobie.

Tak jak powiedziałam. Nasze ciało, nasza psychika to jest instrument, na którym gramy. Żeby umiejętnie grać na tym instrumencie, musimy dobrze ten instrument znać. Z upływem czasu poznajemy coraz lepiej ten nasz instrument. Uczymy się go, bo my uczymy się siebie całe życie. Uczę się siebie całe życie. Odkrywam siebie i poznaję w różnych sytuacjach, które są dla mnie nowe, których jeszcze nie doświadczyłam. Tak, ja korzystam z tego instrumentu, czyli korzystam z moich doświadczeń, korzystam z mojej wrażliwości, która czasem jest ogromną trudnością do pokonania. Ale nie mam innego instrumentu, tylko ten.

Miewa pani chwile zwątpienia w to, co robi?

Oczywiście, że tak. Wielokrotnie. I te chwile zwątpienia są czasem bardzo trudne, ale też ubogacają mnie. Bo kiedy poznaję swoje reakcje, swoje odczucia, swoje emocje związane z jakąś nową okolicznością, nową sytuacją, nowym człowiekiem, żeby to zaakceptować, żeby to przyjąć, to muszę wykonać jakąś wewnętrzną pracę. Więc tak, to jest trudne.

A zdarzają się często?

Nie umiem tego ocenić. Zdarzają się, są. Czasem jest bardzo, bardzo trudno.

Czuje się pani spełniona jako aktorka?

Ponieważ, tak jak wspomniałam z uwagi na moje priorytety życiowe późno znalazłam się na deskach teatralnych, miałam wrażenie - i do dzisiaj mam takie poczucie - że jestem odbierana tak: „grała w filmie, co ona wie o teatrze”. Zresztą spotykam się nadal z takimi opiniami. Pani dyrektor Ignatjew zapytała: „ale pani przecież późno weszła na deski, Pani mało grała w teatrze?” Ale czy to znaczy, że gorzej mogę przedstawiać postaci? Czy to znaczy, że mniej umiem, mniej wiem? Nie myślę. Doświadczenia z filmu i z teatru są różne, bo inne są techniki przekazu. Ale ja bym nie wartościowała tutaj, więc odpowiadając na pani pytanie, to, że przepracowałam sama z sobą swój strach, swój wstyd, swoje opory różnego rodzaju, zawdzięczam teatrowi, może filmowi, ale na pewno w większym stopniu teatrowi. I bardzo się cieszę, że miałam możliwość zagrania i w komedii, i w dramacie. I bardzo się cieszę, że zrobiłam w moim zawodowym życiu monodram, który jest najtrudniejszą formą teatralną, ponieważ przez tę godzinę trzeba zainteresować widza, żeby nie ziewał, żeby nie było mu twarde krzesło. I myślę, że tę pracę wykonałam sumiennie i nie mam wyrzutów sumienia. A czy czuję się spełniona? W jakimś sensie tak, bo miałam szansę zagrania w różnych formach teatralnych, ale nie myślę, że to jest koniec.

Widzę przed panią dalszą drogę.

Ja też widzę. Myślę, że mam i mogę jeszcze wiele przekazać widzowi i młodszym koleżankom, kolegom. Zresztą, jeśli chodzi o tę bajkę, czy też przedstawienie familijne „Tajemniczy ogród”, to muszę powiedzieć, że z dużą radością patrzę na młodzież w tym spektaklu. Naprawdę z dużą radością. I pomimo że mam tam pięć wejść i mój udział w tym spektaklu nie jest wielki, to chociaż zwykle aktorzy wychodzą na garderoby w trakcie swoich przejściówek, to ja cały czas siedzę za kulisami i z radością oglądam młodzież. I z radością patrzę na ich energię, na ich zaangażowanie, na ich talenty wokalne i aktorskie. Sprawia mi to ogromną radość i ogromną przyjemność, naprawdę. Bardzo ich lubię.

Zatem życzę pani jak najwięcej takich przyjemności i aktorskich spełnień.

Dziękuję. Biegnę na próbę. Już chyba się zaczęła a ja nie lubię się spóźniać.




I pobiegła.




Kobieta w teatrze - Rozmowa z Marią Gładkowską, aktorką teatralną, filmową i telewizyjną.

Z panią Marią Gładkowską spotykam się pomieszczeniach biurowych Teatru Nowego w Łodzi przed próbą spektaklu „Testament Szekspira” w reż. Mar...