Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opera. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opera. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 25 maja 2026

60 lat łódzkiej opery. Co zobaczymy w nowym sezonie Teatru Wielkiego?

 

W nowym sezonie 2026/2027 Teatr Wielki w Łodzi  świętować będzie  sześćdziesięciolecie swojego istnienia. Dla widzów oznacza to rok pełen powrotów wielkich tytułów, nowych interpretacji klasyki oraz wydarzeń specjalnych, które podsumują dotychczasową historię łódzkiej sceny. Dyrekcja przygotowała program zrównoważony, łączący tradycję operową i baletową z nowoczesnym podejściem do realizacji spektakli.



Teatr Wielki w Łodzi, pocztówka ze zbiorów MNEMOSYNE, fot. L. Święcki, Buro Wydawnicze "Ruch", lata 70-te XX wieku

Sezon rozpocznie się poza murami teatru - 5 września 2026 roku na Placu Dąbrowskiego. Tego wieczoru odbędzie się plenerowa Gala Opera Łódź Opener. To propozycja dla szerokiej publiczności, która oficjalnie otworzy kalendarz nadchodzących wydarzeń.

Pierwszą dużą premierą jesieni będzie balet „Coppélia” Léo Delibesa, zaplanowany na siedemnastego października. Tytuł ten wraca do Łodzi po dwudziestu sześciu latach. Nową choreografię przygotowuje Julien Guerin. Choć to klasyczna, pełna uroku opowieść, w dzisiejszych czasach historia o ożywionej lalce zyskuje zupełnie nowy kontekst, zmuszając do refleksji nad tym, gdzie kończy się natura, a zaczyna sztuczność.

Pod koniec listopada widzów czeka jedno z najważniejszych wydarzeń operowych roku – premiera „Otella” Giuseppe Verdiego w reżyserii Giorgio Madii. To monumentalne dzieło powraca na łódzką scenę po pół wieku nieobecności. Reżyser rezygnuje z historycznego kostiumu, skupiając się na uniwersalnym studium ludzkich emocji: zazdrości, manipulacji i kryzysie tożsamości.

Wiosna 2027 roku przyniesie propozycje łączące różne style muzyczne i choreograficzne. Szóstego marca odbędzie się wieczór baletowy w choreografii Jacka Przybyłowicza. Na scenie zostaną zestawione dwa skrajne utwory: dynamiczny „Ognisty ptak” Igora Strawińskiego oraz subtelny i zmysłowy „Dafnis i Chloe” Maurice’a Ravela. Kolejną premierą, zaplanowaną miesiąc później na 17 kwietnia, będzie „Don Giovanni” Wolfganga Amadeusa Mozarta. Reżyserią spektaklu zajmie się Barbara Poll, która pokaże tę klasyczną opowieść o namiętności i konflikcie moralnym w sposób bliski współczesnemu widzowi.

Kulminacyjnym punktem roku będzie sam jubileusz - 19 stycznia 2027 roku odbędzie się uroczysty Koncert Jubileuszowy. Tuż po nim teatr przypomni cztery ikoniczne tytuły, które przez lata budowały historię łódzkiej sceny. W ramach tego specjalnego cyklu widzowie będą mogli obejrzeć kolejno: „Halkę” (dwudziestego stycznia), „Straszny dwór” (dwudziestego drugiego stycznia), „Carmen” (dwudziestego czwartego stycznia) oraz familijną „Królewnę Śnieżkę” (dwudziestego szóstego stycznia).

W repertuarze nie zabraknie także ambitnych wznowień. Na afisz wrócą m.in. „Raj utracony” Krzysztofa Pendereckiego oraz „Faust” Charlesa Gounoda. Ciekawie zapowiadają się również wydarzenia koncertowe. Pod koniec października w kościele Ojców Jezuitów zostanie wykonana Wielka Msza c-moll Mozarta, a 2 maja – z okazji dwóchsetnej rocznicy śmierci kompozytora – usłyszymy IX Symfonię Ludwiga van Beethovena.

Nowy sezon to także myślenie o przyszłości i młodszych widzach. W czerwcu odbędzie się premiera widowiska „Pan Kleks w operze”, w którym wystąpią artyści z Chóru Dziecięcego. To projekt edukacyjny, który ma przybliżyć świat opery najmłodszemu pokoleniu. 

Sezon 2026/2027 w Teatrze Wielkim w Łodzi zapowiada się zatem ciekawie, jako spójna i przemyślana propozycja, w której jubileuszowe świętowanie łączy się z rzetelną pracą artystyczną.




poniedziałek, 28 lipca 2025

Musisz to zobaczyć, czyli przygody Pinokia całkiem na serio - recenzja

 



Świetna muzyka i doskonale poprowadzona dramaturgia to obok bogatej obsady oraz nieprzeciętnej scenografii i kostiumów tylko niektóre atuty najnowszej realizacji Teatru Wielkiego w Łodzi. „Przygody Pinokia” to przykuwająca uwagę i trzymająca w napięciu opera dla najbardziej wybrednych, małych i dużych wielbicieli teatru nie tylko operowego.


Fot. Joanna Miklaszewska


Historię Pinokia, pajacyka wystruganego z drewna zna chyba każdy - jeżeli nie z książki czy innych realizacji teatralnych to chociażby z filmu Disneya. Osią intrygi tej opowieści jest to, że Pinokio (tu Zuzanna Nalewajek) będący drewnianą kukiełką, ożywa i jako krnąbrny, nieposłuszny i aż nadto egoistyczny chłopiec od razu zaczyna sprawiać kłopoty. Jednak pomimo tego, że wpada w złe towarzystwo i nawet ucieka z domu, cały czas bardzo pragnie być dobrym chłopcem. Gepetto (Arkadiusz Anyszka), Błękitna Wróżka (Patrycja Krzeszowska) i Świerszcz (Bohdana Habryielian) starają się go wychować i sprowadzić na dobrą drogę. Nie mają jednak łatwego zadania, bo Pinokio spotyka także tych, którzy namawiają go do różnych złych rzeczy – Lisa (Jakub Foltak), Kota (Krzysztof Marciniak) i swojego szkolnego kolegę Knotka (Dawid Kwieciński) oraz tych, którzy go po prostu wykorzystują jak chociażby Dyrektora Cyrku (Rafał Pikała). Przygody Pinokia są zatem pełne niebezpieczeństw, nieoczekiwanych zwrotów akcji i barwnych postaci. Ale to nie tylko sympatyczna bajka, to przede wszystkim opowieść o dorastaniu. A ono nie jest łatwe, prawda?

Doskonałym posunięciem było oddanie obowiązku wyreżyserowania tego spektaklu Robertowi Drobniuchowi. którego doświadczenie w teatrach lalek okazało się mieć niebagatelne znaczenie. Realizatorzy przyjęli perspektywę widza dziecięcego, którego w teatrach formy nieożywionej traktuje się bardzo serio. Pomimo konwencji bajki, każda scena odnosiła się do jak najbardziej realnej rzeczywistości. Realizatorzy jednak opowiadali o niej posługując się środkami wyrazu, które możemy podglądać najczęściej w teatrach lalek. Dzięki tego rodzaju dramaturgicznym zabiegom w realizacji pojawiło się wiele przepięknie zainscenizowanych scen – ach, ten występ marionetek! - bardzo poważnych i równocześnie komicznych. A wszystko to działo się w doskonale zaprojektowanej scenografii, gdzie operowy przepych (podobno możliwości scenicznie teatrów operowych przyprawiają niekiedy o zawrót głowy) został sensownie wykorzystany do zbudowania świata tak fantastycznego, jak i najbardziej realnego.

Co ciekawe twórcy tej opery nie stronili od scen dosyć drastycznych, bo Pinokio niejednokrotnie stawał w obliczu najprawdziwszego niebezpieczeństwa. I tu znowu trzeba pogratulować Drobniuchowi, że udało mu się skupić uwagę widza na oczekiwaniu, co się dalej wydarzy a nie na samym akcie przemocy. Reżyser wykazał dużą klasę w opracowaniu scen, którym kompozytor i autor libretta narzucili dość jednoznaczny charakter. Zresztą kompozycja Jonathana Dove’a, niezwykle bogata i momentami nieoczywista mogłaby być znacznie trudniejsza w odbiorze dla bardzo młodego widza, gdyby nie wrażliwość na dziecięce emocje i doświadczenie lalkarskie reżysera. Kto lepiej poradziłby sobie z tak mocno podkreśloną dynamiką opowieści? Poza tym takie częste zmiany nastrojów, cały wachlarz emocji, gwałtowność reakcji, zagęszczenie w muzyce (wielkie brawa dla artystów orkiestry za fantastyczny występ!) wymagały dużych umiejętności wykonawczych tak wokalnych jak i aktorskich. Na przykład Zuzanna Nalewajek właściwie była cały czas w gotowości, bo w zasadzie nie schodziła ze sceny i była przeurocza, duet Kot i Lis niezmiennie dowcipny czy postacie kreowane przez Rafała Pikałę bezkompromisowo przyciągały uwagę, itd. Cudowna była Patrycja Krzeszowska… No, mogłabym tu wymienić niemal wszystkich występujących w premierowym spektaklu artystów, którzy najwyraźniej mieli swój dobry moment.

Pod względem estetycznym, wizualnym, dramaturgicznym, muzycznym i również aktorskim „Przygody Pinokia” bardzo mi się spodobały i mam nadzieję, że opera ta zagości na dłużej w łódzkim teatrze. W tej realizacji było wszystko to, co w teatrze podoba mi się najbardziej: intensywność przeżyć, doskonała muzyka, świetni soliści, dobre aktorstwo, doskonała scenografia i kostiumy a przede wszystkim kompatybilność poszczególnych elementów spektaklu. Sądzę, że jest to realizacja o dużej wartości artystycznej na miarę baletowej wersji „Alicji w Krainie Czarów” z londyńskiej Opery Królewskiej i dydaktycznej. Jedynie, czego mogę się przyczepić to chyba tylko mikroportów, choć przy tak bardzo złożonej kompozycji muzycznej oraz wyjątkowo dużej dynamice spektaklu ich zastosowanie ostatecznie można uznać za uzasadnione.


Familijnie. Koniecznie do obejrzenia.



Fot. Joanna Miklaszewska



Fot. Joanna Miklaszewska



Fot. Joanna Miklaszewska



Fot. Joanna Miklaszewska



Fot. Joanna Miklaszewska



Fot. Joanna Miklaszewska


***


Przygody Pinokia
- Jonathan Dove

Autor libretta: Alasdair Middleton na podstawie powieści Carla Collodiego Data premiery:


Teatr Wielki w Łodzi
Prapremiera polska: 1.06.2025




Realizatorzy:


Kierownictwo muzyczne: Rafał Janiak
Reżyseria: Robert Drobniuch
Scenografia: Aleksandra Starzyńska
Kostiumy: Aleksandra Starzyńska
Światła: Prot Jarnuszkiewicz
Projekcje multimedialne: Magdalena Łazarczyk, Łukasz Sosiński
Choreografia: Paulina Jaksim

Przygotowanie chóru: Rafał Wiecha

Asystenci reżysera: Adam Grabarczyk
Asystenci dyrygenta: Marcin Mirowski, Daniel Mieczkowski, Marta Kosielska

Autor polskiego przekładu libretta: Jacek Mikołajczyk

Realizacja dźwięku: Jan Kędzierski, Nikodem Sikorski
Autor plakatu: Paweł Ponichtera
Inspicjentki: Eliza Wacławik, Karolina Filus


Obsada:


PINOKIO: ZUZANNA NALEWAJEK
ŚWIERSZCZ: BOHDANA HABRYIELIAN
GEPETTO: ARKADIUSZ ANYSZKA
POŁYKACZ OGNIA, MARIONETKARZ / ROLNIK: ROBERT ULATOWSKI
MAŁPI SĘDZIA / DYREKTOR CYRKU ROLNIK: RAFAŁ PIKAŁA
KOT: KRZYSZTOF MARCINIAK
KNOTEK: DAWID KWIECIŃSKI
BŁĘKITNA WRÓŻKA: PATRYCJA KRZESZOWSKA
GOŁĄB: AGNIESZKA MAKÓWKA
LIS / WOŹNICA: JAKUB FOLTAK
NAGANIACZ: DAWID SAFIN
ARLEKIN: MARCIN CIECHOWICZ
ROZAURA: KATARZYNA PAWŁOWSKA
PANTALONE: ROBERT IWANKIEWICZ
SPRZEDAWCA WĘGLA: DAWID SAFIN
MURARZ: WOJCIECH STRZELECKI
MISTRZ BĘBNÓW: VALERY PADUKOU
ECHO: DAGMARA ĆWIK, AGATA RAWSKA-KMITA, WIKTORIA BOROŚ
3 ROLNIKÓW: KAROLINA JAGODA, EWELINA DACHOWSKA, ROBERT IWANKIEWICZ
ZŁOWIESZCZA POSTAĆ W TŁUMIE: ARTUR MLEKO
POSTACI Z TŁUMU PRZED TEATREM: KAROLINA JAGODA, DAGMARA ĆWIK, PEPE DIAZ- CRUZ, WOJCIECH GLĄDYS
NIEZADOWOLONA PANI Z WIDOWNI TEATRALNEJ: WIKTORIA BOROŚ
MARIONETKOWI POLICJANCI: KAJETAN KUŁAGOWSKI, ADRIAN KUBIAK
KRÓLIKI: AGATA RAWSKA-KMITA , JOANNA ŻELAZNY, WIKTORIA BOROŚ, WOJCIECH GLĄDYS, MICHAŁ WŁODARCZYK, PEPE DIAZ-CRUZ

niedziela, 4 maja 2025

Bezpretensjonalna historia miłosna. Donizetti w TWŁ

 

Owacjami na stojąco publiczność Teatru Wielkiego w Łodzi nagrodziła solistów występujących w nowej inscenizacji opery Gaetano Donizottiego „Napój miłosny”, której premiera odbyła się 22 marca b.r. Artyści czarowali lekkością wykonania partii solowych, młodzieńczym entuzjazmem i bezpretensjonalną swobodą sceniczną. Zaprezentowana inscenizacja miała – a w zasadzie ma - niewątpliwie wiele atutów.



Fot. J. Miklaszewska




„Napój miłosny” to dzieło powszechnie znane wielbicielom opery i bardzo często wystawiane. Zawsze cieszy się dużym powodzeniem zarówno wśród realizatorów jak i publiczności ze względu na swoje walory muzyczne jak i dobrze napisane, ciekawe libretto. Przedstawia ono perypetie miłosne Nemorina, który stara się o względy Adiny, lokalnej i dość kapryśnej piękności. Nadmienię, że tego wieczoru partię Nemorina śpiewał Krzysztof Lahman a jako Adina występowała Aleksandra Borkiewicz – Cłapińska. No i pewnego razu do wsi przybywają żołnierze a ich dowódca, sierżant Belcore (Armando Piña) oświadcza się dziewczynie, czym oczywiście doprowadza Nemorina do rozpaczy. Nemorino w tej sytuacji gotów jest do naprawdę dużych poświęceń. Aby zdobyć przychylność Adiny, kupuje u wędrownego handlarza Dulcamary (rewelacyjny Daniel Mirosław) napój miłosny, który ma zapewnić mu powodzenie u dziewcząt, ale przede wszystkim u Adiny. Dulcamara, jak to często bywa w handlu sprzedaje mu raczej marzenia, bo w rzeczywistości ów „miłosny napój” to po prostu butelka wina. Dalej akcja rozwija się szybko – Adina jednak przyjmuje zaręczyny sierżanta a Nemorino zaciąga się do wojska, żeby zdobyć pieniądze na kolejną butelkę miłosnego napoju. Jednak kiedy Adina dowiaduje się, że Nemorino uczynił to z miłości do niej, przestaje ukrywać swoje uczucia. Ostatecznie historia ma szczęśliwy finał a Dulcamara robi interes życia, bo wszystkim sprzedaje swój – jak się okazało bardzo skuteczny - napój miłosny.

Historia rozgrywa się na tle świetnie prezentującej się, rozbudowanej scenografii zaprojektowanej przez Marka Chowańca, znakomitego artystę i scenografa teatralnego. Zapewne występujący soliści i chór mieli w tak bogato zagospodarowanej przestrzeni dość trudne zadanie do wykonania, ale z perspektywy widza to artystyczne odwzorowanie pejzażu wsi czy też małego, prowincjonalnego miasteczka miało wiele uroku. Dodatkowym atutem były kostiumy zaprojektowane przez Marię Balcerek. W efekcie scenografia miała charakter wybitnie ilustracyjny i realistycznie odwoływała się do czasu i miejsca akcji. Widoczna była duża klasa artystyczna scenografa, który zbudował przestrzeń konsekwentnie unikając metafor czy udziwnień, w których pułapkę wpadają mniej zdolni scenografowie albo ci bardzo, bardzo młodzi. Ucieszyło mnie takie nawiązanie do dawnych form i stylów scenograficznych, bo nieczęsto można obejrzeć tak pięknie i sensownie przygotowane dekoracje. Brawo.

Przyznam szczerze, że kiedy przeczytałam nazwiska solistów na liście premierowej obsady, trochę zwątpiłam w powodzenie tej realizacji. Moją uwagę przyciągnął jedynie Daniel Mirosław, którego już wcześniej słuchałam i oglądałam w innych spektaklach a każdy z jego występów okazywał się rewelacyjny. Zachętą dla mnie była też strona plastyczna „Napoju miłosnego” ze względu na scenografa i kostiumolożkę. No i niestety w pierwszej chwili – tak jak się spodziewałam - mikra siła głosów Adiny i Nemorina rozczarowała mnie, bo nie mogli przebić się przez orkiestrę. Siedząc w piątym rzędzie na parterze, a więc raczej blisko sceny, niezbyt dokładnie słyszałam co i przede wszystkim jak śpiewają.. Wejście Belcora i oczywiście Dulcamara (pierwszorzędny występ Daniela Mirosława) zrekompensowało mi te drobne rozczarowania z nawiązką. Jak się później okazało realizatorzy poradzili sobie z problemem słyszalności solistów znakomicie i Krzysztof Lachman bezapelacyjnie zachwycił publiczność popisowym wykonaniem arii „Una furtiva lagrima”, za które otrzymał długie i zasłużone brawa. W jego interpretacji pojawił się cały wachlarz emocji - wykonanie arii Nemorina było ze wszech miar poruszające i na długo pozostanie w pamięci.

Muszę też przyznać, że mimo pewnych - technicznych raczej - niedogodności soliści wystąpili przecież z nieprzecietną brawurą sceniczną. Myślę, że jest w tym duża zasługa reżysera Wojciecha Adamczyka, który potrafił wydobyć z solistów niemałe talenty aktorskie i obok wykonań wokalnych postawić na aktorstwo jako równorzędny walor tej realizacji. Sądzę, że przyniosło to doskonały efekt. Soliści czarowali publiczność swoją grą i popisami wokalnymi, poruszając się przy tym po scenie z dużą swobodą, taką jakąś trochę salonową gracją. No, z niemałą przyjemnością przyglądałam się flirtom Adiny czy żołnierskim kombinacjom małżeńskim Belcora. Ale przecież doskonale wystąpiła również Patrycja Krzeszowska-Kubit (Gianetta) oraz chór, który poza zadaniami wokalnymi realizował zadania aktorskie. Całość wypadła zatem doskonale, trzymała w napięciu i w takiej przyjemnej przyjemności (proszę mi wybaczyć to niestylistyczne sformułowanie) oglądania i słuchania opery, która generalnie jest tak ograna, że może wydawać się nudna i banalna. Zapewniam, że ta realizacja dzięki swojej prostocie formy i rzetelnemu przygotowaniu oraz wykonaniu ani nudna, ani banalna nie jest.

W perspektywie minionego czasu (te słowa pisze blisko miesiąc po premierze) i po niespiesznym rozważeniu atutów i wad „Napoju miłosnego” w tej wersji, doszłam do wniosku, że nie ma co czepiać się jakichś technicznych niuansów. Dokonano dobrego wyboru obsady, ze sceny biła świeżość, jakaś młodzieńcza fascynacja, między solistami aż iskrzyło. Nic dziwnego, że publiczność biła głośnie brawa na stojąco w uznaniu dla klasy i brawury artystów. I słusznie.


PS. Jak zwykle duże brawa dla orkiestry TWŁ i Rafała Janiaka


Fot. J. Miklaszewska

Fot. J. Miklaszewska

Fot. J. Miklaszewska


Fot. J. Miklaszewska




***


„Napój miłosny”
- Gaetano Donizettiego


Teatr Wielki w Łodzi
Premiera: 22.03.2025


Realizatorzy:


Reżyseria: Wojciech Adamczyk
Kierownictwo muzyczne: Rafał Janiak
Scenografia: Marek Chowaniec
Kostiumy: Maria Balcerek
Światła: Jędrzej Skajster
Przygotowanie chóru: Rafał Wiecha
Asystenci reżysera: Waldemar Stańczuk, Adam Grabarczyk
Asystenci dyrygenta: Daniel Mieczkowski (dyrygent rezydent), Julianna Janaszek
Asystentka scenografa: Anna Macugowska
Inspicjentki: Karolina Filus, Eliza Wacławik


Obsada:

Adina: Aleksandra Borkiewicz – Cłapińska
Nemorino: Krzysztof Lachman, Maciej Tomaszewski
Belcore: Armando Piña
Dulcamara: Daniel Mirosław
Giannetta: Patrycja Krzeszowska
Notariusz: Mariusz Ciechowicz

Chór, Orkiestra Teatru Wielkiego w Łodzi




poniedziałek, 9 grudnia 2024

Igloo w Paryżu, czyli nowa odsłona "Cyganerii" w Teatrze Wielkim w Łodzi - recenzja



W ramach Festiwalu Puccinowskiego w Teatrze Wielkim w Łodzi, w sobotę 7 grudnia wielbiciele opery obejrzeli premierową Cyganerię Giacoma Pucciniego, czteroaktowe dzieło muzyczne z 1896 roku inspirowane powieścią "Sceny z życia cyganerii" Henriego Murgera. To czwarta realizacja „Cyganerii” w TWŁ.


Cyganeria to zestawienie dość luźno powiązanych ze sobą scen, z których każda opowiada o czymś innym i ma inny wydźwięk emocjonalny. Akcja rozgrywa się w Paryżu około 1830 roku. Głównymi bohaterami są hafciarka Mimì i grupa artystów, typowych przedstawicieli paryskiej bohemy tamtych czasów. Sama historia przedstawia się dość prosto, żeby nie rzec – banalnie: pisarz romansuje z hafciarką, zrywają, żeby później się zejść i ostatecznie rozstają się nieodwracalnie, bo na koniec Mimi umiera na gruźlicę. Bez wzlotów, bez upadków, od początku do końca będąc na dnie - ot, taka tam historyjka na niezmiennym i dość niskim poziomie emocjonalności wynikającym z pogodzenia się z losem i życiem dniem codziennym. I tak też została odegrana - powierzchownie, pomimo drzemiącego w niej potencjału dramatycznego.


Fot. J. Miklaszewska


W całej realizacji zdecydowanie najsłabszym punktem obok samej dramaturgii, była poszatkowana stylistycznie - do granic możliwości - scenografia, której przede wszystkim zabrakło spójności a pojawiło się w niej niemal wszystko. W zasadzie zastosowane rozwiązania wydawały mi się być bardzo przypadkowymi, podporządkowanymi chyba konieczności zagospodarowania sceny za wszelką cenę i to wszelkimi możliwymi do wykonania pomysłami. I o ile w pierwszej scenie scenografia mogła zrobić dobre wrażenie, to przecież należało ją udziwnić wzorując się na baśniowych realizacjach z teatru lalkowego. I to tylko po to, żeby niemal natychmiast przejść do rozwiązań musicalowych i sylwestrowego klimatu, który skutecznie odwracał uwagę od solistów. Końcowe sceny w dodatkowo udziwnionej scenografii były chyba najgorsze z całej realizacji. Elementy mieszkania Rodolfa zostały rozsunięte i zastąpione bryłami z białego kartonu, chyba miało to zasugerować jakieś zamrożenie, zimę, biedę (bo nie ma czym napalić w piecu) a może schyłek życia. Trochę to przypominało zdemolowane eskimoskie igloo. Nie bardzo jestem w stanie znaleźć uzasadnienia dla takiej koncepcji, bo ani to realizm, ani futuryzm a jeżeli metafora to jakże oderwana od poprzednich scen. Ostatnia scena, kończąca cały spektakl znowu z innej bajki, może z kinowej wersji „Gwiezdnych wojen”, z tym że znacznie gorsza, bo „Gwiezdne wojny” to lata odległe.



Fot. J. Miklaszewska



Spektakl niewątpliwie uratowała orkiestra pod mądrym kierownictwem Rafała Janiaka potrafiącego doskonale zespolić inscenizację, która przecież estetycznie została strasznie rozbita. Była to bowiem realizacja przede wszystkim klarowna muzycznie i fantastycznie brzmiąca. W żadnym momencie orkiestra nie zdominowała solistów za to doskonale korespondowała z emocjami wpisanymi w wykonywane przez nich arie. Poszczególne sekcje instrumentów pięknie wybrzmiały i właściwie można powiedzieć, że to włączające się instrumenty prowadziły publiczność za rękę przez tę opowieść a nie reżyser i nawet nie główne postaci obecne na scenie. W mojej ocenie łódzka „Cyganeria” to „Cyganeria” Pucciniego i Janiaka. I dla tych dwóch nazwisk warto było ten spektakl obejrzeć a właściwie posłuchać.



Fot. J. Miklaszewska


Troszeczkę rozczarowała mnie Iwona Socha, która pomimo pięknego, bogatego sopranu prześlizgnęła się przez tę inscenizację jakoś tak bez specjalnych emocji – aktorsko było płytko, ale za to wokalnie naprawdę pięknie. Podobnie Andrzej Lampert i pozostali. Trzeba przyznać, że Socha z Lampertem duet tworzyli całkiem ładny, choć muszę przyznać, że obejrzany - już podczas transmisji - duet Patrycji Krzeszowskiej-Kubit iJintang Luo spodobał mi się znacznie bardziej – chyba więcej w nim było autentycznych emocji i dramaturgii. Również bardziej podobała mi się śpiewająca 8 grudnia Hanna Okońska jako Musetta niż Milena Arsovskaa, która po prostu rozczarowała słabym głosem. Trudno zresztą mieć jakąś większą pretensję do solistów. Zaśpiewać – zaśpiewali, jakieś tam postacie zbudowali, ale owa powierzchowność i brak scenicznej wiarygodności był zbyt uderzający. Zapewne wynikał on raczej z jakichś bliżej mi nie znanych pomysłów reżysera, ale... Rafał Pikała potrafił wejść na scenę, zaśpiewać i zagrać i było w tym sporo autentyzmu. Mimo wszystko z dużą ciekawością posłuchałam i obejrzałam występujących artystów, którzy na łódzkiej scenie operowej rzadko goszczą – potencjał artystyczny mają duży.


Fot. J. Miklaszewska



Podsumowując, „Cyganeria” w reż. Marcina Lakomickiego to kolejny spektakl, który niewiele wniósł poza warstwę muzyczną. Równie dobrze można byłoby przygotować wersję koncertową „Cyganerii” i kto wie, czy nie byłoby to lepsze rozwiązanie. Ale żeby nie było, że znowu narzekam, jest w tym spektaklu kilka malowniczych scen, które – w oderwaniu od całości - robią spore wrażenie. Nie jest zatem tak całkiem stracony dla publiczności. Doskonale też wpisuje się w okres karnawałowy. Jest przerysowany scenograficznie, nadmiernie połyskujący (no, zdecydowanie za dużo w scenografii srebrnej lamety) i brak w nim jakiejś sensownej wizualnej konsekwencji, ale jest doskonały muzycznie. I to przede wszystkim należy mieć na uwadze wybierając się do teatru na ten spektakl.


Do obejrzenie w karnawale.






***

CYGANERIA
- Giacomo Puccini
Autor libretta: Giuseppe Giacosa i Luigi Illica



Teatr Wielki w Łodzi
Premiera 07.12.2024r.




Realizatorzy:

Kierownictwo muzyczne: Rafał Janiak
Asystenci dyrygenta: Daniel Mieczkowski, Marcin Mirowski
Reżyseria: Marcin Lakomicki
Scenografia: Elena Zamparutti
Kostiumy: Cristina Aceti
Światło: Irene Selka
Video: Przemysław Jeżmirski
Przygotowanie chóru: Rafał Wiecha
Przygotowanie chóru dziecięco-młodzieżowego: Agnieszka Lechocińska
Asystenci reżysera: Adam Grabarczyk, Waldemar Stańczuk
Inspicjentki: Karolina Filus, Eliza Wacławik


Obsada:


Mimi: Iwona Socha
Musetta: Milena Arsovska
Rodolfo: Andrzej Lampert
Marcello: Arkadiusz Anyszka
Schaunard: Bartłomiej Misiuda
Colline: Michał Romanowski
Benoit: Rafał Pikała
Alcindoro: Robert Ulatowski
Parpignol: Pepe Diaz

Chór, Chór Dziecięco-Młodzieżowy i Orkiestra Teatru Wielkiego w Łodzi


niedziela, 26 listopada 2023

Zachwycający upadek człowieka, czyli słów kilka po premierze "Raju utraconego" w TWŁ

 


„Raj utracony”  w reż. Michała Znanieckiego w Teatrze Wielkim w Łodzi to jedna z najciekawszych propozycji teatralnych wśród tych, które w ostatnich czasach instytucja ta zaproponowała łódzkiej publiczności. Zaprezentowany poziom wykonawczy i artystyczny realizacji może zadowolić najwybredniejszego widza.


„Raj utracony” Krzysztofa Pendereckiego to opera w dwóch aktach z angielskim librettem Christophera Fry'a, które zostało oparte na poemacie epickim Johna Miltona z 1667 roku pod tym samym tytułem. Sam kompozytor określił  swoje  dzieło jako sacra rappresentazione, ale przyjęło się mówić o tym utworze jako o operze właśnie. Utwór pisał na zamówienie z okazji obchodów 200. lecia Stanów Zjednoczonych w 1976 roku. Został on jednak ukończony z dużym opóźnieniem, bowiem prawykonanie dzieła, które miało miejsce w Lyric Opera w Chicago, odbyło się dopiero 29 listopada 1978 r.


Fot. J. Miklaszewska

Treścią libretta są losy Adama i Ewy poprzedzające ich wygnanie z Raju. Pierwszy akt rozpoczyna się sceną, w której Adam i Ewa rozpaczają po opuszczeniu Raju a poeta John Milton – ta postać została wprowadzona przez librecistę - opowiada o upadku Szatana po przegraniu walki z Bogiem i o chęci dokonania zemsty na Człowieku. Szatan korzysta z nadarzającej się okazji i kiedy samotnemu Adamowi Bóg zsyła Ewę, ten opowiada jej we śnie o zakazanych owocach, wkrada się do Raju pod postacią węża i oczywiście udaje mu się kobietę skusić.

W drugim akcie Milton wyjaśnia, że Szatan powiedział Ewie we śnie, że jabłko z drzewa wiadomości złego i dobrego sprawi, że Człowiek będzie równy Bogu. To kusząca perspektywa, prawda? Ewa zatem namawia Adama na skosztowanie owocu. Konsekwencją tego czynu jest gniew Boga. Kiedy bowiem dowiaduje się o tym, co się stało, skazuje Człowieka i wszystkich jego potomków na śmierć. W obronie Człowieka staje jednak Chrystus ofiarowując w zamian siebie. Ostatecznie Bóg skazuje Adama i Ewę na wygnanie z Raju a Szatan i jego armia zmieniają się w węże pełzające po ziemi. Archanioł Michał, który ma za zadanie wyprowadzić ludzi z Raju, roztacza przed Adamem wizję przyszłości zdominowaną przez Grzech i Śmierć. Jednak równocześnie zapewnia go o sprawiedliwości Bożej a chóry anielskie polecają opuszczających Raj Adama i Ewę Boskiej Opatrzności.


Fot. J. Miklaszewska

Realizatorzy TWŁ bardzo skrupulatnie przygotowali się do premiery dzieła, które postanowili zagrać bez skrótów. To imponująca decyzja, bo nie dość na tym, że dzieło Pendereckiego jest niełatwe do wykonania i niełatwe do słuchania, ale jest także długie. Utrzymanie widzów w fotelach, którzy przez trzy i pół godziny nie okazują ani odrobiny znudzenia!.. O, to niekiedy bywa niemożliwe! A że ta sztuka realizatorom się jednak udała, to jedynie może świadczyć o mistrzostwie kompozytora, o nieprzeciętnej reżyserii i przede wszystkim o doskonale wykonanej pracy występujących na scenie artystów.

I powiem szczerze, że siedząc na widowni sama nie wiedziałam na czym bardziej skupić uwagę: na oglądaniu spektaklu czy na jego słuchaniu. Jedno i drugie było niesamowicie wciągające. Na scenie rozgrywał się prawdziwie mityczny dramat, ale słuchanie tego, jak „Raj utracony” wybrzmiewa było dla mnie chyba znacznie większym przeżyciem. Jakiekolwiek nagranie, płyta nie zastąpi takiego doświadczenia. Wszystkie dźwięki, barwy, emocje ze sobą idealnie współgrały i jakby... tatuowały wrażliwość.


Fot. J. Miklaszewska

Szczególnie poruszające były wejścia Adama i Ewy, zarówno te wokalne (Mariusz Godlewski i Joanna Freszel) jak i baletowe (Giuseppe Stancanelli, Isotta Sellari). Chyba nie można było na dany moment dobrać lepszej obsady. Świetna była też Agnieszka Makówka jako Grzech. Jej głos doskonale skomponował się z głosem Śmierci, czyli Jana Jakuba Monowida. Może na początku miałam chwilę wątpliwości, ale dałam się przekonać – razem zabrzmieli świetnie. Świetne wejścia miał balet, ale mnie to już nie zaskakuje, ten zespół po prostu dobrze tańczy. Poza tym dostali do zatańczenia doskonałą choreografię - szczególnie duety Adama i Ewy były rewelacyjne. Było perfekcyjnie i emocjonalnie. Nawet, jeżeli coś tam się zadziało, to dla widza było to całkowicie niewidoczne. Brawo. Osadzenie mitu w takim współczesnym myśleniu o początku grzechu i jego konsekwencjach chyba też było trafną decyzją reżysera i dobrym zabiegiem artystycznym. Człowiek umyślił sobie stworzyć Raj na ziemi a tymczasem sam sobie gotuje na niej Piekło, prawda? Jakie to dziś oczywiste i niedostrzegalne.


Fot. J. Miklaszewska

Jeżeli chodzi o stronę plastyczną inscenizacji to wydaje mi się, że była trochę zanadto rozbudowana. Obiektywnie patrząc sama w sobie była dziełem. Szczególnie kostiumy. Każdy z nich pojedynczo można byłoby postrzegać jako samoistne dzieło sztuki. Były- no i są przecież – niesamowite i przykuwające uwagę, ale… Trochę było w tym wszystkim zamętu, nadmiaru interpretacji, chwilami odnosiłam wrażenie, że i żartu (podświetlany wąż i rogi łosia - ? - na głowach Aniołów). Z jednej strony dopełniały libretto, z drugiej – całkiem skutecznie odwracały uwagę od strony muzycznej spektaklu. Ale do zaakceptowania. Wyrażę tu przy okazji podziw dla teatralnych rzemieślników, którzy potrafili te pomysły urzeczywistnić.

 

Fot. J. Miklaszewska

Podsumowując mogę rzec, że spokojnie łódzką realizację „Raju utraconego” można obejrzeć jeszcze raz a nawet dwa razy. Wysłuchać w tym wydaniu natomiast można wielokrotnie i bez znudzenia. Zatem dziękując za przeżycia, biję głośnie brawo, brawo, bis.

 

 

 

***

„Raj utracony”
- Krzysztof Penderecki

Teatr Wielki w Łodzi
Premiera: 24.11.2023



Realizatorzy:


kierownictwo muzyczne: Rafał Janiak
reżyseria: Michal Znaniecki
scenografia: Luigi Scoglio
kostiumy: Małgorzata Słoniowska
choreografia: Grzegorz Pańtak

projekcje multimedialne: Karolina Jacewicz, Witold Pietrucha
reżyseria świateł: Dawid Karolak
asystenci dyrygenta: Marta Kosielska, Marcin Mirowski
współpraca: Michał Kocimski
przygotowanie Chóru: Rafał Wiecha
przygotowanie Chóru Dziecięcego: Maciej Salski
asystenci reżysera: Adam Grabarczyk, Waldemar Stańczuk

konsultant językowy: Nikhil Goyal

inspicjentki: Karolina Filus, Ewa Gąsiewska


Obsada:

Milton/Głos Boga: Andrzej Pieczyński
Adam: Mariusz Godlewski
Ewa: Joanna Freszel
Satan: Bartlomiej Misiuda
Belzebub: Emil Ławecki
Moloch: Rafał Pikała
Belial: Zbigniew Malak
Chrystus: Wołodymir Pankiv
Mammon: Łukasz Motkowicz
Grzech: Agnieszka Makówka
Śmierć: Jan Jakub Monowid
Ithuriel: Bernadetta Grabias - mezzosopran
Zephon: Aleksandra Borkiewicz-Cłapińska
Gabriel: Paweł Skałuba
Michael: Aleksander Kunach
Raphael: Michał Sławecki
solo tenorowe: Artur Mleko
tancerze solo: Adam - Giuseppe Stancanelli, Ewa - Isotta Sellari
Dyrygent: Rafał Janiak
Chór, Chór Dziecięco-Młodzieżowy, Balet, Orkiestra Teatru Wielkiego w Łodzi

niedziela, 18 czerwca 2023

Jak za dużo to niezdrowo. Premiera „Fausta” Charlesa Gounoda w Teatrze Wielkim w Łodzi - recenzja

 


W sobotę, 17 czerwca, w Teatrze Wielkim w Łodzi odbyła się pierwsza premiera „Fausta” Charlesa Gounoda w reż. E. Rucińskiej. Spektakl uratowała niezawodna orkiestra Teatru Wielkiego i maestro Rafał Janiak, bo to oni zbudowali faustowski świat odmalowując nastroje, miejsca i postaci. Właściwie tę realizację można było „oglądać” z zamkniętymi oczami. Powiem więcej – tak trzeba było zrobić. No bo i na co patrzeć?



Wróć. Można było patrzeć. Na przykład na kompilację pomysłów reżyserskich, które odnajdziemy w innych bardziej i mniej znanych „faustowskich” realizacjach, chociażby w tej wystawianej w Operze Paryskiej w 1975. Tam też mamy obrotową scenę i biegi po różnych, piętrowych konstrukcjach, są tam nawet balony. Trochę Francji w Polsce, ale czego tu się czepiać? Światowe pomysły (sarkazm). W paryskim „Fauście” płonęło piekło, więc w łódzkim też musiało coś spłonąć. Chociażby tak symbolicznie. I spłonęło drzewo. I mogłoby być ciekawie, bo scena miała potencjał. Mogła rzeczywiście wywołać efekt wow i zostać pozytywnie zapamiętana - gdyby została inaczej zainscenizowana, bo akcja palenia okazała się zwyczajnie mdła. Jak wszystko, co wyrasta z niedojrzałości. Można też było popatrzeć na kolaż pomysłów scenograficznych, które wprowadzały niepotrzebny zamęt i sensownie to wyglądało jedynie w pierwszej scenie. Plus brunatne sztandary i chyba masońskie (?) znaki obok krzyża. W każdym razie znowu widoczne były wyraźnie nawiązania do inscenizacji paryskiej, ale jakby wyrastające z nagłówków współczesnych gazet (brukowców?).


Fot. J. Miklaszewska


Można też było popatrzeć na rozpaczliwe wysiłki solistów i chóru, którzy próbowali sprostać zadaniom aktorskim, jakie przed nimi postawiono. Ale aktor gra tak, jak reżyser każe, więc nie czepiam się tego miotania po scenie – to nie ich wina, że tak musieli. Wyglądało to dość smutno i śmiesznie. Z drugiej jednakże strony z dużą przykrością patrzyłam na pracę baletu. Nie miał szczęścia w tym sezonie, oj, nie miał… Choreografia, którą wykonywał przywiodła mi na myśl „Casanovę” . Przepraszam, wiem, obiecałam, że już tego spektaklu nie będę wspominać, ale nie sądziłam, że może być gorzej. Czy w ogóle przy „Fauście” pracował jakiś choreograf? Ruch sceniczny też był koszmarny a już zombies dance przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. A przy okazji - tancerze TWŁ są przygotowani do wykonywania najtrudniejszych zadań baletowych, zatem czy naprawdę trzeba marnować ich potencjał ograniczając występy zespołu baletowego do kilku spektakli baletowych w sezonie, kiepskiej premiery i statystowania w innej, równie nieciekawej? Oni jeszcze będą tańczyć?



Fot. J. Miklaszewska



Soliści tego wieczoru niestety nie porwali i gdyby nie mieli mądrego wsparcia orkiestry i Rafała Janiaka w ogóle zniknęliby ze sceny. Dobry występ miał Łukasz Motkowicz. Na tle innych - nawet bardzo dobry. Jako jedyny wykreował postać a nie tylko zaśpiewał. Było w tym wykonaniu wiele barw i emocji. Reszta wypadła płasko i mało wiarygodnie. Może i poprawnie, ale jednak… Agnieszka Makówka starała się jak mogła, biegała, skakała, obijała się o innych artystów, ale bez przykrej dla ucha zadyszki zaśpiewała przypisaną jej partię bardzo ładnie. Była też niezła aktorsko. Miałam też wrażenie, że dobrze bawiła się w swojej roli Bernadetta Grabias. Patrycja Krzeszowska jako Małgorzata wypadła płasko, bez wzruszeń a przy słuchaniu jej roli powinno się płakać jak przy Tosce. No i szkoda, że najwyższe dźwięki przechodziły w przykry pisk. Przeciętnie wypadł także Nazarii Kahala. Generalnie głosy solistów ginęły w otwartej przestrzeni sceny, ale to w sumie też nie całkiem ich wina. No i baryton zamiast basa? Cóż zatem?..


Fot. J. Miklaszewska


Miałam chyba zbyt duże oczekiwania. Błędnie założyłam, że skoro to „Faust” to z pewnością będzie dobrze, choć trudno wokalnie. A było mocno przeciętnie a momentami nawet źle i nie z powodu poziomu trudności dzieła Gounoda. I wielka szkoda, bo TWŁ potrzebuje dobrego repertuaru. Błędem było zaproszenie do realizacji tego dzieła osób o niezbyt ciekawym doświadczeniu zawodowym a zbyt młodych, by pojąć istotę i sens „Fausta”. Ślizgali się po powierzchni dosyć nieporadnie ozdabiając swoją koncepcję symbolami o spłyconych znaczeniach. Odniosłam też wrażenie, że dla realizatorów był to po prostu fajny projekt a nie sztuka. Zagadżetowali Fausta na śmierć. A może tylko zakpili z publiczności i teatru? Naprawdę, te kilka obcojęzycznych nazw w portfolio tak zachwyciło łódzkich decydentów? Nie będę tego nawet komentować.

Niewątpliwie należy tu docenić ogromną pracę zespołu technicznego. Zachwyca to, że w teatrze drzemie potencjał niezwykły – myślę tu o możliwościach technicznych sceny. Obiektywnie rzecz biorąc, ktoś kto sporadycznie bywa w teatrze poczuje się ogłuszony a może i zafascynowany tym, co zobaczy podczas spektaklu – ach, te obrotowe sceny, te zapadnie!... Ale proszę nie dać się tak po prostu zwieść gadżetom zaserwowanym przez realizatorów.


Fot. J. Miklaszewska


No dobrze. Szczerze mówiąc na powtórkę z rozrywki liczyłabym wyłącznie ze względu na orkiestrę i Janiaka. Może, gdyby pojawili się inni soliści… Kto wie? Jednak sama inscenizacja jest raczej przeciętna i w mojej ocenie odtwórcza. Bo nie to staje się dziełem godnym obejrzenia, co dużo kosztuje. Nie wystarczy tupnąć nóżką, wydać masę pieniędzy, zalać się łzami i powiedzieć, że ja robię sztukę, żeby ta sztuka powstała – to takie niedojrzałe. To nie kwestia ogromnych pieniędzy, ani przesady w zastosowanych środkach, jeżeli brakuje podstawowych umiejętności, jakiegoś szczególnego wyczucia sceny i wrażliwości na piękno.. I dlatego tak się stało, że zamiast sztuki mamy kicz. Niestety kolejny w tym sezonie.


W takim wydaniu polecam „Fausta” do oglądania z zamkniętymi oczami. Posłuchać - zdecydowanie warto.





„Faust”
- Charles Gounod
Teatr Wielki w Łodzi, Premiera 17.06.3023


Realizatorzy:



kierownictwo muzyczne – Rafał Janiak
reżyseria – Ewa Rucińska
dekoracje – Agata Skwarczyńska
kostiumy – Arek Ślesiński
choreografia – Aleksandra Osowicz
reżyseria świateł – Paulina Góral
multimedia – Artur Sienicki
współpraca muzyczna – Michał Kocimski, Marta Kosielska
przygotowanie chóru – Maciej Salski
asystenci reżysera – Adam Grabarczyk, Waldemar Stańczuk
inspicjenci – Andrzej Kowalik, Zbigniew Pawełczyk


Obsada 17 czerwca:


Faust: Nazarii Kachala
Mefistofeles: Wojciech Gierlach
Małgorzata: Patrycja Krzeszowska
Walenty: Łukasz Motkowicz
Wagner: Nikhil Goyal
Siebel: Agnieszka Makówka
Marta Schwerlein: Bernadetta Grabias
Stary Faust: Krzysztof Dyttus

Dyrygent: Rafał Janiak

Chór, Balet, Orkiestra Teatru Wielkiego w Łodzi




piątek, 25 listopada 2022

Nie tylko od święta. „Straszny dwór” w reż. Krystyny Jandy w TWŁ

 

Z okazji Święta Niepodległości publiczność Teatru Wielkiego w Łodzi miała przyjemność obejrzeć dwa pokazy opery „Straszny dwór” Stanisława Moniuszki w reżyserii Krystyny Jandy. To nie tylko najdoskonalsze dzieło Moniuszki, ale także jedna z najpiękniejszych kompozycji polskiej sztuki operowej XIX wieku. I jeden z lepszych spektakli operowych wystawianych w TWŁ. Nie jest to nowa produkcja – premiera odbywała się w październiku 2014 roku.


Fot.: E. Ryszkowska


Mocną stroną tej realizacji jest nie tylko muzyka, ale i bardzo dobre libretto Jana Chęcińskiego, z którym Moniuszko zetknął się po premierze „Halki” w Teatrze Wielkim w Warszawie w 1858 roku. Osią akcji „Strasznego dworu” jest oczywiście miłość, którą obudowano znakomitą intrygą. Dwaj bracia, Stefan i Zbigniew, wracają do domu po zwycięskiej bitwie i aby zawsze być gotowym do walki dla Ojczyzny składają śluby kawalerskie. Na wieść o ich powrocie przyjeżdża Cześnikowa, ciotka, która chce ich wyswatać z pannami, jej zdaniem najbardziej dla nich odpowiednimi. Dowiedziawszy się, że bracia wyruszają w podróż do Miecznika mieszkającego w Kalinowie, próbuje ich odwieść od tego zamiaru. Miecznik bowiem mieszka z dwiema córkami Jadwigą i Hanną, pannami na wydaniu a to z oczywistych względów nie podoba się Cześnikowej. Stara się więc Stefana i Zbigniewa od tego zamysłu odwieść strasząc ich… strasznym dworem. Bracia są jednak niezbyt lękliwi i wyruszają do Kalinowa - wszak mają tam do załatwienia pewną ważną sprawę natury finansowej. Co wydarzyło się dalej, nie będę tu jednak opisywać – biorąc pod uwagę popularność tej opery, chyba nie ma takiej potrzeby. Ważne jest to, że akcja toczy się wartko a towarzyszą jej fantastyczne arie. Natomiast tłem  dla perypetii miłosnych jest obraz Polski wraz z jej tradycjami szlacheckimi, kontuszami, polowaniami i dworkami.


Fot.: E. Ryszkowska

Przyznam, że po niedawnych wpadkach repertuarowych z dużą przyjemnością zasiadałam na widowni Teatru Wielkiego – nie tylko po to, żeby obejrzeć to chyba najbardziej znane publiczności dzieło Moniuszki.  Dodatkową zachętą były dla mnie nazwiska Dominika Sutowicza i Agnieszki Makówki w obsadzie. Sutowicz miał śpiewać partię Stefana a Makówka – Jadwigi. To ich występu oczekiwałam najbardziej i później ani przez moment nie czułam się zawiedziona. Z zachwytem patrzyłam na występ tych dwojga artystów i słuchałam wyśpiewywanych partii. Dużą przyjemność miałam i z tego, że na scenie pojawił się (nareszcie!) Grzegorz Szostak.


Fot.: E. Ryszkowska

No i nie mogę nie wspomnieć o zespole baletowym, który zatańczył  pięknego mazura. Jak wiele robi dobra choreografia i reżyseria!.. Tancerze wykonali taniec  z dużą energią i wydaje mi się, że bezbłędnie, bo nie zauważyłam żadnych niedoskonałości. To dobry zespół, byleby pozwolić mu spokojnie ćwiczyć i rozwijać się. Odradzałabym jednak eksponowania na scenie tancerzy niezadowolonych z tego, że tańczą i wystawiania ich w pierwszym rzędzie przy okazji zbiorowych partii baletowych. Dlaczego? Bo niezadowolona mina przydaje ciężkości i tak już ociężałym ruchom a nie wygląda to dobrze. W balecie kariery kończy się szybko i kiedy nadchodzi ten czas, należy umieć się z tym pogodzić. Tak czy inaczej, pomijając ową jednostkową ociężałość, mazur w wykonaniu tancerzy TWŁ podobał mi się bardzo.

Sądzę zatem, że „Straszny dwór” to jedna z najciekawiej wyreżyserowanych oper w TWŁ, ze świetnym ruchem scenicznym i zagospodarowaniem przestrzeni sceny. Doświadczenie Jandy wyniesione z teatru dramatycznego okazało się zdecydowanie korzystne  -  ta wersja „Strasznego dworu” jest po prostu ciekawa. Sielska, niezwykle malownicza scenografia, nawiązujące do epoki kostiumy - to dodatkowy, pozytywny walor tej realizacji. Nie bez powodu „Straszny dwór”  z TWŁ otrzymał nagrodę ENERGIA KULTURY 2014 za najlepsze wydarzenie kulturalne w Łodzi w 2014 oraz Złotą Maskę za najlepszy spektakl sezonu 2014/15. A ponieważ akcja rozgrywa się w okresie noworocznym, operę tę z powodzeniem można wystawiać nie tylko przy okazji Święta Niepodległości.


Fot.: E. Ryszkowska




***

Teatr Wielki w Łodzi
STRASZNY DWÓR

Kompozytor: Stanisław Moniuszko
Autor libretta: Jan Chęciński


Data premiery: 18.10.2014


Realizatorzy:

Kierownictwo muzyczne: Piotr Wajrak
Dyrygent premiery: Piotr Wajrak
Reżyseria: Krystyna Janda
Scenografia: Magdalena Maciejewska
Kostiumy: Dorota Roqueplo
Choreografia: Emil Wesołowski
Reżyseria efektów świetlnych: Katarzyna Łuszczyk
Przygotowanie Chóru: Dawid Jarząb

Obsada:

Miecznik: Przemysław Rezner
Hanna: Aleksandra Borkiewicz-Cłapińska
Jadwiga: Agnieszka Makówka
Damazy: Dawid Kwieciński
Stefan: Dominik Sutowicz
Zbigniew: Robert Ulatowski
Cześnikowa: Olga Maroszek
Maciej: Arkadiusz Anyszka
Skołuba: Grzegorz Szostak
Marta: Katarzyna Pisarek
Grześ: Krzysztof Dyttus
Stara niewiasta: Anna Kobylańska-Przybyła

Chór, Balet, Orkiestra, Chór dziecięcy Teatru Wielkiego w Łodzi

Dyrygent: Wojciech Rodak

Uczniowie Ogólnokształcącej Szkoły Baletowej im. Feliksa Parnella w Łodzi

Przeciwko przezroczystości. O spektaklu „Niech żyje życie. Rapsodia”

  Najnowsza premiera na Małej Scenie Teatru Nowego im. Kazimierza Dejmka w Łodzi dotyka tematu rzadko obecnego w polskim teatrze w sposób ta...