niedziela, 21 czerwca 2026

Na peryferiach kapitalizmu. Portret pokolenia w "Emigracji" w reż. Marcina Brzozowskiego

 

Przenoszenie literatury stricte internetowej na deski teatru tradycyjnego od zawsze przypomina stąpanie po cienkim lodzie. Krótkie, często groteskowe opowiadania kopiowane na forach i w mediach społecznościowych, z których wyrósł literacki fenomen Malcolma XD, rządzą się prawem szybkiej puenty, specyficznego slangu i narracji pierwszoosobowej – formą, która świetnie sprawdza się na ekranie smartfona, ale łatwo potrafi zgubić rytm w przestrzeni scenicznej. I szczerze mówiąc, z pewną obawą jechałam obejrzeć spektakl, który miał być adaptacją prozy tego gatunku.


Wystawiając „Emigrację” w adaptacji i reżyserii Marcina Brzozowskiego (premiera 19 czerwca 2026 roku na Małej Scenie), Teatr Nowy im. Kazimierza Dejmka w Łodzi podjął ryzyko artystyczne dużej miary. Reżyser musiał bowiem przetłumaczyć na język teatru powieść łotrzykowską XXI wieku, nie tracąc przy tym ani jej bezkompromisowego humoru, ani głębszego, socjologicznego tła. Efektem tego eksperymentu jest spektakl pulsujący współczesnym rytmem, który próbuje udowodnić, że proza zrodzona w sieci może stać się pełnoprawnym tworzywem dla ambitnego teatru zaangażowanego.



Fot. HAWA


Oś fabularna spektaklu wiernie podąża śladem powieściowej drogi młodego bohatera – Malcolma, który z prowincjonalnego polskiego miasteczka (słynącego głównie z kuriozalnych Dni Agrestu) wyrusza w podróż za chlebem do Londynu. Warto w tym miejscu zwrócić uwagę na to, że struktura książki jest z natury epizodyczna, przypomina sznur luźno powiązanych ze sobą anegdot. W łódzkiej inscenizacji ta fragmentaryczność została jednak przekuta w atut. Spektakl zyskuje formę nowoczesnego moralitetu czy wręcz scenicznego rollercoastera – akcja pędzi naprzód, płynnie przenosząc nas z dusznego wnętrza międzynarodowego autokaru, przez parkingi tirów, aż po zatłoczone, wielokulturowe ulice brytyjskiej metropolii. Każdy z tych przystanków ma swoją unikalną gęstość i własny ciężar gatunkowy.

To, co w warstwie dramaturgicznej zasługuje na szczególną uwagę, to próba wyjścia poza czystą, komediową ilustrację tekstu. Reżyser z wyczuciem „zagląda pod kliszę” stereotypów narodowych i migracyjnych. Świetnie wyreżyserowane sceny z niemal dokumentalną czujnością chwytają prawdę o portretowanych środowiskach. Komizm zderzenia młodego Polaka z realiami londyńskich squatów, kurdyjskich imigrantów czy zachodnich intelektualistów nie służy tu jednak taniemu szyderstwu. Pod maską ironii i językowego przerysowania dramaturgia spektaklu buduje przestrzeń dla empatii. Świat przedstawiony w „Emigracji” okazuje się w równym stopniu zabawny, co bezwzględny, a losy bohaterów stają się trafnym, momentami gorzkim portretem pokolenia zmuszonego do szukania własnej tożsamości na peryferiach globalnego kapitalizmu. Scena z pola kapusty nie wzięła się znikąd, prawda?

Marcin Brzozowski jako reżyser stanął przed wyzwaniem sensownego zagospodarowania ograniczonej przestrzeni Małej Sceny i zamienienia jej w dynamiczne uniwersum podróży. Kluczem do sukcesu okazała się tu ascetyczna, ale bardzo funkcjonalna scenografia i wyraziste kostiumy Martyny Hernik. Przestrzeń nie jest dosłowna – transformuje na oczach widza z dusznego, klaustrofobicznego wnętrza autokaru w anonimowy parking dla tirów, a wreszcie w tętniący chaosem londyński squat.

Ta umowność sceniczna zyskała wsparcie w multimediach autorstwa Jana Michalskiego i Justyny Bielawy. Projekcje wideo i grafiki nie stanowią jedynie tła, ale stają się autonomicznym partnerem dla aktorów, świetnie oddając cyfrowy rodowód tekstu Malcolma XD i potęgując wrażenie przebodźcowania współczesną metropolią. Równie istotny jest ruch sceniczny przygotowany przez Zuzannę Kasprzyk. Choreografia ciał aktorów doskonale oddaje fizyczne zmęczenie drogą, komizm stłoczenia pasażerów w rejsowym autobusie czy transowy, momentami wręcz zwierzęcy rytm londyńskiej ulicy. To właśnie plastyka ruchu pomaga spoić te wszystkie epizody w sceniczną całość. Podobnie muzyka w łódzkiej realizacji „Emigracji” zasługuje na miano pełnoprawnego bohatera spektaklu. Kompozycje Kacpra STICHA Pawlickiego tworzą dźwiękową tkankę, która precyzyjnie buduje napięcie i dyktuje tempo kolejnych scen. Ścieżka dźwiękowa idealnie balansuje między klubowym pulsem Londynu a nostalgicznymi, rodzimymi brzmieniami.

Sukces tej inscenizacji w ogromnej mierze opiera się na zespołowości oraz niesamowitej sprawności transformacyjnej aktorów Teatru Nowego. Kreacje głównego bohatera (Malcolma) i jego kompana Stomila wymagają od młodych aktorów (Macieja Kobieli i gościnnie występującego Patryka Pietrzaka) nie tylko doskonałego timingu komediowego, ale też udźwignięcia podwójnej roli: zdystansowanego narratora i bezpośredniego uczestnika zdarzeń. Udaje im się utrzymać tę kruchą równowagę bez popadania w kabaretową manierę.

Jednak prawdziwym popisem aktorskiego rzemiosła są tu role epizodyczne. Barbara Dembińska i Mariusz Słupiński – moim zdaniem rewelacyjni w tym spektaklu – z lekkością żonglują kolejnymi wcieleniami. Przejścia od karykaturalnych postaci z polskiej prowincji, przez kultowego już tirowca Romana, aż po galerię osobliwości zamieszkujących londyńskie squaty, odbywają się na jednym wydechu. To aktorstwo precyzyjne, ostre w rysunku, celowo przerysowane, ale podbite psychologiczną prawdą. To sprawia, że żadna z postaci nie staje się pustą wydmuszką.

Emigracja” w reżyserii Marcina Brzozowskiego to jedna z ciekawszych realizacji Teatru Nowego w Łodzi w sezonie 2026. Spektakl udowadnia, że współczesna literatura internetowa, traktowana dotąd przez wielu krytyków z przymrużeniem oka, w rękach sprawnego zespołu twórców może zyskać głęboki, sceniczny wymiar. Twórcom udało się uniknąć pułapki stworzenia prostej, ilustracyjnej adaptacji „pod publiczkę”. Zamiast tego zaoferowali widzom mądry, formalnie atrakcyjny teatr, który bawi do łez, ale też boleśnie punktuje nasze narodowe przywary i lęki. To propozycja obowiązkowa nie tylko dla fanów prozy Malcolma XD, ale przede wszystkim dla młodej widowni, która w teatrze szuka swojego języka, swoich problemów i swojego, nieskażonego patosem, odbicia w lustrze.




Fot. HAWA


Fot. HAWA


Fot. HAWA


Fot. HAWA




***


„Emigracja”
- Malcolm XD

Teatr Nowy i. K. Dejmka w Łodzi
Premiera: 19 czerwca 2026, Mała Scena


Realizatorzy:
  
Realizacja sceniczna i reżyseria: Marcin Brzozowski
Muzyka: Kacper STICH Pawlicki
Wykonanie utworów muzyczno-wokalnych: Patryk Pietrzak
Kostiumy: Martyna Hernik
Video: Jan Michalski
Grafiki w video: Justyna Bielawa
Ruch sceniczny: Zuzanna Kasprzyk
Konsultacje merytoryczne w zakresie kultury i zwyczajów kurdyjskich: Zihad Khalil
Asystent reżysera / inspicjent: Damian Libert


Obsada:

Barbara Dembińska
Maciej Kobiela
Paweł Kos
Mariusz Słupiński
Bartłomiej Kotwica (gościnnie)
Patryk Pietrzak (gościnnie)
Hanna Róża Sągolewska (gościnnie)


niedziela, 14 czerwca 2026

Triumf muzycznej logiki. Antoni Wit, Hyuk Lee i architektoniczny porządek brzmienia w Filharmonii Łódzkiej

 

W miniony piątek, 12 czerwca, łódzcy melomani mogli wysłuchać wyjątkowego koncertu symfonicznego, podczas którego żywa historia polskiej dyrygentury spotkała się z przyszłością światowej pianistyki.


Antoni Wit to w świecie muzyki poważnej postać pomnikowa, o ogromnym, nagrodzonym prestiżowymi laurami dorobku fonograficznym. Łódzki koncert miał dodatkowo wymiar symboliczny – to w tym mieście dyrygent zgłębiał tajniki swojego fachu pod kierunkiem Henryka Czyża. Wybór repertuaru był rygorystyczny i nieprzypadkowy. W pierwszej części zaprezentowano I Koncert fortepianowy Des-dur op. 10 oraz III Koncert fortepianowy C-dur op. 26 Siergieja Prokofiewa – warto przypomnieć, że komplet nagrań tych dzieł pod batutą Wita zdobył w 1993 roku prestiżowe Grand Prix du Disque – a w drugiej części zabrzmiała monumentalna V Symfonia c-moll op. 67 Ludwiga van Beethovena.


Fot. Marcin Stępień - z archiwum Filharmonii Łódzkiej


Solistą pierwszej części wieczoru był Hyuk Lee, południowokoreański, niezwykle utalentowany pianista, którego rozwój polska publiczność śledzi od czasu jego sukcesów w Konkursie Chopinowskim. Zrozumienie fenomenu tego młodego wirtuoza wymaga jednak spojrzenia poza jego bogate estradowe CV. Lee jest również utytułowanym szachistą, co znakomicie tłumaczy jego podejście do materii muzycznej – oparte na strategicznym planowaniu i rzeczowej kalkulacji, które doskonale korespondują z rygorem wielkich form symfonicznych.

Zestawienie doświadczenia Antoniego Wita z żywiołowością Hyuka Lee w utworach Prokofiewa przyniosło znakomite rezultaty. I Koncert Des-dur, utwór o niemal perkusyjnej naturze, wymaga żelaznej dyscypliny rytmicznej. Południowokoreański pianista rozegrał tę partię perfekcyjnie. W karkołomnych, szybkich pasażach uderzał w klawisze z taką dokładnością, że mimo ogromnego tempa i siły, każdy pojedynczy dźwięk pozostawał idealnie selektywny. To dowód na najwyższą próbę rzemiosła artysty. Przy potężnej dynamice i zawrotnym tempie niezwykle łatwo o akustyczne zamazanie faktury – wystarczy minimalny brak niezależności palców lub zbyt głębokie wciśnięcie prawego pedału. Lee – mimo ekstremalnych wymagań technicznych partytury – zachował tak idealną kontrolę nad mechanizmem instrumentu, iż słuchacz był w stanie bez trudu „wyizolować” uchem każdą graną przez niego nutę.

W III Koncercie C-dur na pierwszy plan wysunęła się praca całego zespołu. Antoni Wit narzucił wyraźne ramy rytmiczne, ale zamiast tłumić ekspresję solisty, stworzył mu bezkolizyjną przestrzeń do muzycznej wypowiedzi. Oszczędne gesty dyrygenta i czujne reakcje pianisty przełożyły się na elastyczną odpowiedź Orkiestry Symfonicznej FŁ, która doskonale wydobywała barwy partytury, zachowując idealny balans między partią solową a orkiestrowym tutti.

Zwieńczeniem wieczoru była V Symfonia c-moll op. 67 Ludwiga van Beethovena – arcydzieło o rewolucyjnej i niezwykle spójnej budowie. Konstrukcja tego utworu ma jasny cel dramaturgiczny: prowadzi słuchacza nieuchronną drogą od mroku i tragizmu w pierwszej części, aż po wielki, triumfalny finał. Geniusz Beethovena polega tu na niesamowitej oszczędności materiału. Cała ta potężna, czteroczęściowa struktura wyrasta bowiem z zaledwie jednego, słynnego motywu składającego się z czterech nut, powszechnie zwanego „motywem losu”. Tak skondensowana forma stawia przed muzykami i dyrygentem najwyższe wymagania warsztatowe. Od orkiestry wymaga ona idealnego zgrania rytmicznego – zwłaszcza w momentach nagłych, rwanych akcentów – oraz umiejętności błyskawicznego przechodzenia od niemal niesłyszalnego szeptu do potężnego brzmienia całego aparatu orkiestrowego.

Dla dyrygenta V Symfonia to z kolei wielki test z muzycznej logiki i wyczucia czasu. Musi on nie tylko zapanować nad zdradliwymi pauzami w pierwszej części czy utrzymać napięcie w mrocznym łączniku przed samym finałem. Jego najważniejszym zadaniem jest kontrolowanie energii całego aparatu wykonawczego. Dyrygent musi tak rozłożyć emocje w czasie, aby ostateczny punkt kulminacyjny zabrzmiał potężnie i naturalnie, a nie przedwcześnie lub chaotycznie. Interpretacja Antoniego Wita doskonale odpowiedziała na te rygorystyczne kryteria, cechując się klasycznymi proporcjami i powściągliwością. Dyrygent zrezygnował z nadmiernego patosu na rzecz uwydatnienia logicznej spójności dzieła. Prowadził narrację metodycznie, od słynnego motywu w Allegro con brio po finałowe rozwiązanie, przywracając „Symfonii losu” jej właściwy, filozoficzny ciężar.

Ten wyjątkowy wieczór stał się triumfem muzycznej logiki, gdzie drapieżny rytm i monumentalna forma zyskały idealnie czyste brzmienie. Wspólna interpretacja mistrza dyrygentury i wirtuoza o szachowej wyobraźni udowodniła łódzkiej widowni, że największa siła muzyki klasycznej tkwi w jej doskonałym, architektonicznym porządku.


Fot. Marcin Stępień - z archiwum Filharmonii Łódzkiej


Fot. Marcin Stępień - z archiwum Filharmonii Łódzkiej


Fot. Marcin Stępień - z archiwum Filharmonii Łódzkiej


Fot. Marcin Stępień - z archiwum Filharmonii Łódzkiej





***

"Symfonia losu według Antoniego Wita"
Filharmonia Łódzka im. A. Rubinsteina
12.06.2026


Wykonawcy:

Hyuk Lee – fortepian
Antoni Wit – dyrygent
Orkiestra Symfoniczna FŁ

Program:

Siergiej Prokofiew – I Koncert fortepianowy Des-dur op. 10 [15']
Siergiej Prokofiew – III Koncert fortepianowy C-dur op. 26 [35']
Andante – Allegro
Tema con variazioni
Allegro, ma non troppo

Ludwig van Beethoven – V Symfonia c-moll op. 67 [35']
Allegro con brio
Andante con moto
Scherzo: Allegro
Allegro - Presto

Prowadzenie koncertu: Agata Kwiecińska (Polskie Radio)



środa, 3 czerwca 2026

Największy luksus współczesności. Dekonstrukcja mitu sukcesu w spektaklu Marcina Libera

 


Zaburzenie chronologii, popkulturowe fantazmaty i estetyka wybiegu to niewątpliwie atuty najnowszej realizacji Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi. Reżyser Marcin Liber i autor tekstu Michał Kmiecik tworzą na scenie przestrzeń o charakterze strumienia świadomości – wielwymiarową i intrygującą. Zastosowane przez realizatorów środki wyrazu konsekwentnie służą obnażeniu iluzji, jaką karmi się przemysł kreatywny, co staje się doskonałym punktem wyjścia do dyskusji o tym, czym współcześnie jest luksus.


Fot. HAWA


Historia Arkadiusza Weremczuka to opowieść o spektakularnym awansie młodego, nikomu nieznanego chłopaka z polskiej prowincji na sam szczyt globalnego świata mody. Jako wizjoner z dyplomem elitarnej szkoły Central Saint Martins w Londynie śmiało łamał konwencje, a w jego odważnych kreacjach występowały największe ikony popkultury. Ten artystyczny triumf zderzył się jednak z drapieżnym biznesem – w wyniku toksycznych relacji z inwestorami twórca utracił prawa do autorskiej marki. Wypalony zawodowo i zmęczony wyzyskiem, musiał ogłosić symboliczną śmierć „Arkadiusa”, aby ostatecznie wyrwać się z niszczącego układu. Emigracja do Brazylii pozwoliła mu odzyskać artystyczną niezależność.

Paweł Paczesny w roli Arkadiusza nie odtwarza po prostu losów projektanta. Jego postać funkcjonuje na scenie niczym Bohater z „Kartoteki” Tadeusza Różewicza lub Billy Pilgrim z „Rzeźni numer pięć” Kurta Vonneguta – jest wyabstrahowana z chronologii zdarzeń i odbywa wewnętrzny dialog ze swoimi wspomnieniami. Główny bohater praktycznie nie schodzi ze sceny, znajdując się w stanie permanentnego psychicznego limbo. Paczesny znakomicie poradził sobie z tym wyzwaniem oraz z wielowymiarowością samej postaci. Trafnie zbalansował przerysowaną, kiczowatą estetykę świata mody z autentycznym, ludzkim dramatem wypalenia. Jego cierpienie i ostateczny bunt są dla widza w pełni wiarygodne – nie giną pod naporem widowiskowej formy. W tej onirycznej przestrzeni Arkadiusa nawiedzają fantazmaty: Alexander McQueen (Mateusz Czwartosz), Kate Moss, Anja Rubik i Matka Boska (te role grała Natalia Klepacka) oraz Coco Chanel i Isabella Blow (w tej podwójnej roli Katarzyna Cynke) a nawet Wuefista (Mikołaj Chroboczek). Nie są to jednak postaci historyczne, lecz spersonifikowane projekcje, lęki i aspiracje głównego bohatera. Na styku tych wyobrażeń dochodzi do głównego konfliktu dramatycznego – zderzenia jednostki z potężnym mitem sukcesu.

Forma spektaklu imituje pokaz high fashion, przejmując jego estetykę, by poddać ją krytycznej dekonstrukcji. Scenografia autorstwa Mirka Kaczmarka transformuje przestrzeń teatralną w modowy wybieg, który w połączeniu z przerysowanymi kostiumami (stworzonymi z udziałem Marii Mordarskiej) buduje świat pełen blichtru, ale i przytłaczającej sztuczności. Kluczową rolę w konstruowaniu tego dusznego, korporacyjnego uniwersum odgrywa ruch sceniczny. Choreografia duetu Hashimotowiksa wprowadza rytmikę rodem z klubowych parkietów, a ten fizyczny rygor zespołu aktorskiego – perfekcyjnie zsynchronizowany z mroczną, pulsującą muzyką HIROSZYMY – staje się metaforą nieustannego wyścigu i eksploatacji wpisanej w branżę. Ciało zostaje tu poddane dyktatowi formy i wtłoczone w ramy bezwzględnego kapitalizmu. Towarzyszący Paczesnemu aktorzy partnerują mu bezbłędnie – ich transformacje w popkulturowe ikony są niezwykle plastyczne. Swoim postaciom stopniowo nadają cechy ludzkie; dopiero w obliczu scenicznego cierpienia i samotności stają się oni ludźmi z krwi i kości. To bolesna diagnoza rynkowej machiny, o której na co dzień wolimy nie pamiętać.

W tej optyce wybieg przestaje być jedynie elementem scenografii; staje się fizyczną i strukturalną osią mitycznej podróży bohatera. Dla chłopaka z Parczewa wejście w tę oślepiającą, stroboskopową przestrzeń oznacza przekroczenie progu i obietnicę absolutnej wolności twórczej oraz społecznego awansu. Jednak klasyczny heros, który zazwyczaj mierzy się z potworami, by zdobyć mądrość, tutaj trafia w tryby drapieżnego rynku. Narzucona przez ruch sceniczny powtarzalność sezonów i konieczność ciągłego dostarczania nowości zamieniają wybieg w rodzaj korporacyjnej bieżni. Bohater zostaje zmuszony do nieustannego biegu, który go wyczerpuje i napędza wyłącznie machinę zysku inwestorów.

Tradycyjny pokaz mody wieńczy triumfalne wyjście projektanta, lecz w dramaturgii Libera ta chwila zostaje przewrotnie odwrócona. Oklaski i popkulturowe ikony zaczynają Arkadiusa dusić, a mityczny „eliksir” sukcesu czy uznania okazuje się zejściem do podziemi. Bohater uświadamia sobie, że nagrodą za przejście tej drogi jest całkowita utrata siebie i zniewolenie. Skoro linearna struktura wybiegu jest w pełni kontrolowana przez system, jedynym sposobem na wygraną staje się odmowa dalszego marszu. Fizyczne i metaforyczne zejście z wybiegu w ciemność przypieczętowuje kryzys tożsamościowy, stając się zarazem jedynym warunkiem ocalenia i odrodzenia poza układem.

Przedstawiona historia nie jest zatem opowieścią o upadku, lecz o radykalnym odzyskiwaniu sprawczości. W przemyśle high fashion talent rzadko pozostaje autonomiczny – tożsamość „Arkadius” padła ofiarą skrajnej komodyfikacji, stając się własnością korporacyjną, w której udziały posiadali zewnętrzni inwestorzy. Kiedy rynkowy dyktat zderzył się z ludzką wytrzymałością, doszło do głębokiej alienacji. Wypalenie zawodowe bohatera zyskuje wymiar systemowy: kapitalizm pożera twórcę, zmieniając go w produkt zawłaszczony przez biznes. Odwołując się do koncepcji Arnolda van Gennepa czy Victora Turnera, ten stan można zinterpretować jako rytuał przejścia. Destrukcja dawnego, sformatowanego „ja” okazuje się radykalnym narzędziem obronnym, niezbędnym do uratowania psychiki przed destrukcją. Odrzucając narzucony status, bohater udowadnia, że największym luksusem we współczesnym świecie nie jest utrzymanie się na szczycie, lecz przywilej świadomego wypisania się z systemu.

Brawo!


Fot. HAWA


Fot. HAWA


Fot. HAWA


Fot. HAWA


Fot. HAWA


***


„Arkadius is dead”
- Michał Kmiecik


Teatr im. St. Jaracza w Łodzi
Prapremiera: 30.05.2026, Duża Scena


Realizatorzy:


REŻYSERIA Marcin Liber
SCENOGRAFIA, KOSTIUMY, ŚWIATŁO, PROJEKCJE Mirek Kaczmarek
KOSTIUMY Maria Mordarska
CHOREOGRAFIA Hashimotowiksa
MUZYKA Hiroszyma
INSPICJENTKA, SUFLERKA Marta Baraszkiewicz
REALIZATORZY ŚWIATŁA Julita Głażewska-Gmach, Tomasz Gmach
REALIZATORZY DŹWIĘKU Michał Pietrzak, Sebastian Torzewski


Obsada:


Paweł Paczesny - Arkadius
Mikołaj Chroboczek -Wuefista
Mariusz Siudziński - MrMan, Waldemar
Natalia Klepacka - Anja Rubik, Matka Boska, Dziennikarka, Kate Moss, StageManager
Łukasz Stawowczyk - Aspirant, Make up artist, Doktor Nauk Ekonomicznych
Mateusz Czwartosz - Alexander McQueen
Katarzyna Cynke - Isabella Blow, Coco Chanel

Hiroszyma live

oraz modelki i modele:

Laura Adamska, Kamila Biedrzycka, Maria Błęka, Ilary Controllo, Sonia Galanciak, Laura Jurewicz, Julia Komisarczyk, Marta Mańka,Alicja Pietkiewicz, Katarzyna Regulska, Katarzyna Świder, Bartosz Bartkowski, Mikołaj Bielnicki-Job, Wiktor Walczak, Jegor Zhuchko.






poniedziałek, 25 maja 2026

60 lat łódzkiej opery. Co zobaczymy w nowym sezonie Teatru Wielkiego?

 

W nowym sezonie 2026/2027 Teatr Wielki w Łodzi  świętować będzie  sześćdziesięciolecie swojego istnienia. Dla widzów oznacza to rok pełen powrotów wielkich tytułów, nowych interpretacji klasyki oraz wydarzeń specjalnych, które podsumują dotychczasową historię łódzkiej sceny. Dyrekcja przygotowała program zrównoważony, łączący tradycję operową i baletową z nowoczesnym podejściem do realizacji spektakli.



Teatr Wielki w Łodzi, pocztówka ze zbiorów MNEMOSYNE, fot. L. Święcki, Buro Wydawnicze "Ruch", lata 70-te XX wieku

Sezon rozpocznie się poza murami teatru - 5 września 2026 roku na Placu Dąbrowskiego. Tego wieczoru odbędzie się plenerowa Gala Opera Łódź Opener. To propozycja dla szerokiej publiczności, która oficjalnie otworzy kalendarz nadchodzących wydarzeń.

Pierwszą dużą premierą jesieni będzie balet „Coppélia” Léo Delibesa, zaplanowany na siedemnastego października. Tytuł ten wraca do Łodzi po dwudziestu sześciu latach. Nową choreografię przygotowuje Julien Guerin. Choć to klasyczna, pełna uroku opowieść, w dzisiejszych czasach historia o ożywionej lalce zyskuje zupełnie nowy kontekst, zmuszając do refleksji nad tym, gdzie kończy się natura, a zaczyna sztuczność.

Pod koniec listopada widzów czeka jedno z najważniejszych wydarzeń operowych roku – premiera „Otella” Giuseppe Verdiego w reżyserii Giorgio Madii. To monumentalne dzieło powraca na łódzką scenę po pół wieku nieobecności. Reżyser rezygnuje z historycznego kostiumu, skupiając się na uniwersalnym studium ludzkich emocji: zazdrości, manipulacji i kryzysie tożsamości.

Wiosna 2027 roku przyniesie propozycje łączące różne style muzyczne i choreograficzne. Szóstego marca odbędzie się wieczór baletowy w choreografii Jacka Przybyłowicza. Na scenie zostaną zestawione dwa skrajne utwory: dynamiczny „Ognisty ptak” Igora Strawińskiego oraz subtelny i zmysłowy „Dafnis i Chloe” Maurice’a Ravela. Kolejną premierą, zaplanowaną miesiąc później na 17 kwietnia, będzie „Don Giovanni” Wolfganga Amadeusa Mozarta. Reżyserią spektaklu zajmie się Barbara Poll, która pokaże tę klasyczną opowieść o namiętności i konflikcie moralnym w sposób bliski współczesnemu widzowi.

Kulminacyjnym punktem roku będzie sam jubileusz - 19 stycznia 2027 roku odbędzie się uroczysty Koncert Jubileuszowy. Tuż po nim teatr przypomni cztery ikoniczne tytuły, które przez lata budowały historię łódzkiej sceny. W ramach tego specjalnego cyklu widzowie będą mogli obejrzeć kolejno: „Halkę” (dwudziestego stycznia), „Straszny dwór” (dwudziestego drugiego stycznia), „Carmen” (dwudziestego czwartego stycznia) oraz familijną „Królewnę Śnieżkę” (dwudziestego szóstego stycznia).

W repertuarze nie zabraknie także ambitnych wznowień. Na afisz wrócą m.in. „Raj utracony” Krzysztofa Pendereckiego oraz „Faust” Charlesa Gounoda. Ciekawie zapowiadają się również wydarzenia koncertowe. Pod koniec października w kościele Ojców Jezuitów zostanie wykonana Wielka Msza c-moll Mozarta, a 2 maja – z okazji dwóchsetnej rocznicy śmierci kompozytora – usłyszymy IX Symfonię Ludwiga van Beethovena.

Nowy sezon to także myślenie o przyszłości i młodszych widzach. W czerwcu odbędzie się premiera widowiska „Pan Kleks w operze”, w którym wystąpią artyści z Chóru Dziecięcego. To projekt edukacyjny, który ma przybliżyć świat opery najmłodszemu pokoleniu. 

Sezon 2026/2027 w Teatrze Wielkim w Łodzi zapowiada się zatem ciekawie, jako spójna i przemyślana propozycja, w której jubileuszowe świętowanie łączy się z rzetelną pracą artystyczną.




czwartek, 21 maja 2026

Anatomia czasu. Nowa odsłona Fossego w Teatrze Nowym w Łodzi

 

„Sen o jesieni” w reżyserii Tomasza Fryzła, którego premiera odbyła się 8 maja br., to realizacja ambitna, znakomicie osadzona w dramaturgii Jona Fossego. Spektakl, choć stawia opór łatwej percepcji, skutecznie absorbuje widza, wciągając go w liminalną przestrzeń – stan zawieszenia między ontologiczną pewnością jawy a onirycznym odrealnieniem. Klasycznie pojęty czas świecki ulega tu anihilacji; wkraczamy w wymiar swoistego rytuału przejścia, w którym stare struktury poznawcze przestają obowiązywać, a nowe jeszcze się nie wyłoniły.


Punktem wyjścia jest cmentarne spotkanie nieznajomych; sytuacja zaledwie z pozoru banalna. Cmentarz funkcjonuje u Fryzła jako foucaultowska heterotopia – miejsce absolutnego progu, w którym przecinają się wszystkie czasy. Reżyser rezygnuje z chronologii linearnej na rzecz labiryntu egzystencjalnego. W tej strukturze zapętleń, gdzie role i retrospekcje ulegają multiplikacji, bohaterowie spoglądają na własne życie z perspektywy ostateczności. Centralną figurą tego rozliczenia jest postać Gry (Karolina Bednarek). Funkcjonując w szczelinie między tekstem dramatycznym a działaniem aktorskim – niejako w przestrzeni didaskaliów – pełni ona rolę narratorki-cienia. Jej obecność nie tylko dopowiada kwestie bohaterów, ale staje się kluczowym mechanizmem „zarządzania” uwagą widza, nadając całości medytacyjny, niemal obrzędowy rytm.

Reżyser wchodzi w twórczy dialog z poetyką Fossego, zachowując jego charakterystyczną frazę opartą na pauzie i repetycji. W ujęciu norweskiego noblisty cisza nie jest brakiem, lecz aktywnym znakiem teatralnym. Największym atutem łódzkiej koncepcji jest nadanie didaskaliom autonomicznego bytu scenicznego. Zabieg ten, sprzężony z sugestywną, oszczędną muzyką Nikodema Dybińskiego, pozwala w pełni wybrzmieć melodii tekstu, który staje się głównym nośnikiem sensów. To perfekcyjne zarządzanie ciszą i rezonansem sprawia, że każde słowo waży tu podwójnie.

Znakomite aktorstwo – Mirosławy Olbińskiej, Katarzyny Żuk, Sławomira Suleja i Piotra Seweryńskiego – stanowi bezwzględny kręgosłup przedstawienia. Ich precyzja interpretacyjna z powodzeniem dźwiga ciężar dramatu nawet w momentach estetycznego dysonansu, jaki generuje scenografia. Ta ostatnia, aspirująca do metaforyczności, w praktyce okazuje się nadmiarową semantyzacją przestrzeni. W inscenizacji tak skupionej na słowie i psychologicznej gęstości, wszelki „nadbagaż” wizualny staje się barierą. W teatrze, kiedy stawką jest intymność, przestrzeń powinna być pudłem rezonansowym, a nie intruzem; aktorzy, operując w pustej przestrzeni, osiągnęliby równie silny, jeśli nie silniejszy efekt emocjonalny.

„Sen o jesieni” to teatr o dojmującej samotności i strukturalnej niemożności pełnego porozumienia – ludzkim „błędzie systemu”. To studium rozdarcia między afektem a trwaniem, podane z chirurgiczną wręcz precyzją, która nie pozostawia widza obojętnym. Koniecznie do obejrzenia.


Fot. Klaudyna Schubert


Fot. Klaudyna Schubert


Fot. Klaudyna Schubert


Fot. Klaudyna Schubert


Fot. Klaudyna Schubert


***


„Sen o jesieni”
- Autor:Jon Fosse

Teatr Nowy im K. Dejmka w Łodzi
Premiera: 8 maja 2026, Mała Scena



Realizatorzy:


Reżyseria: Tomasz Fryzeł
Scenografia: Anna Oramus
Asystentka scenografki: Barbara Szwedowska-Pietrasik
Kostiumy: Wanda Kowalska
Reżyseria światła: Klaudyna Schubert
Muzyka: Nikodem Dybiński
Tłumaczka dramatu: Elżbieta Frątczak-Nowotny
Inspicjentka/asystentka reżysera: Agnieszka Choińska


Obsada:

Karolina Bednarek (Gry)
Mirosława Olbińska (Kobieta)
Piotr Seweryński (Ojciec)
Sławomir Sulej (Mężczyzna)
Katarzyna Żuk (Matka)

sobota, 16 maja 2026

Jesteśmy. "Pływalnia" w reż. R. Sabary w łódzkim Teatrze Jaracza



Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi może pochwalić się kolejnym w tym sezonie, niezłym spektaklem, którego premiera odbyła się 5 maja 2026r - nietypowo, bo we wtorek. Mam tu na myśli „Pływalnię” Magdaleny Drab, która u Rafała Sabary zyskała nowy wyraz artystyczny. Reżyser zrezygnował bowiem z tradycyjnej linearności w narracji na rzecz nakładających się na siebie monologów wewnętrznych. Zbudowały one fascynujące studium samotności, zaskakujące precyzyjną narracją i trafnością spostrzeżeń.



Akcja rozgrywa się w miejskim basenie o obniżonym dnie, pozwalającym na bezpieczne oswajanie się z wodą i naukę pływania od podstaw. Na takie właśnie zajęcia z pływania, które poprowadzić ma Jakaś Elżbieta (Dorota Kiełkowicz) przychodzi Jakaś Maria (Izabela Noszczyk), Jakaś Krystyna (Edyta Jungowska), Jakaś Janina (Magdalena Kuta) i Jakiś Andrzej (Bogusław Suszka) - trochę onieśmieleni, wstydzący się swoich starych ciał, byle jak zagadując strach, byleby go nie było. Prowadzą jednak istotne monologi wewnętrzne, które widzowi pozwalają zrozumieć motywacje bohaterów i przyjąć do wiadomości, że każdy z nas – nie oszukujmy się, każdy! - prędzej czy później będzie równie bezradny, niepewny tego kim jest i czy w ogóle jest. Płytka woda staje się jakby metaforą ich życia, które już przemija a którego pragną równie bardzo jak w czasach młodości. Wiedzą, że ich świat się kurczy i że stają się coraz bardziej samotni, bezradni, rozczarowani. Coraz mniej też wierzą w to, że w ogóle ktoś ich dostrzega. Ze strachu przed nieuchronnie kurczącą się przyszłością wolą tkwić nawet w toksycznych relacjach nie potrafiąc ich naprawić i nie wierzą, że jeszcze kiedykolwiek nadejdzie miłość, bo przecież kiedyś już „jakaś” miłość była. Ach, byle tylko utrzymać się na powierzchni, byle nie utonąć.

„Pływalnia” to przejmująca historia o ludziach, którzy niezauważalnie dla innych po prostu znikają w kontekstach społecznych i fizycznych, jakby stawali się coraz bardziej niewidzialni i niepotrzebni. Każdy z bohaterów poniósł jakąś stratę i musi się z nią mierzyć właściwie samotnie, dlatego wiele jest w tej opowieści smutku i nostalgii. Jednak nie jest to historia całkowicie pozbawiona humoru - wprost przeciwnie. Ale dowcip jaki zaserwował Sabara nie był tak po prostu beztroski. Moim zdaniem reżyser skutecznie uniknął jednoznaczności sprawnie operując dyskretną metaforą, uproszczeniem czy właśnie elementami humorystycznymi. Tym samym dał widzowi naprawdę dużo przestrzeni, aby w swoim czasie i tempie mógł wysnuć własną refleksję, sformułować opinię i dostrzec rzeczywisty problem, przed którym stanie najprawdopodobniej każdy z nas.

W spektaklu istotną rolę odegrała scenografia, która nie tylko towarzyszyła aktorom a raczej „dialogowała” z ich pracą. Bardzo spodobały mi się skróty i uproszczenia, które zaproponowała Beata Nyczaj. Samo przedstawienie basenu, z jednej strony było komiczne, z drugiej zaś bezwzględnie podkreślało nieporadność Jakiejś Marii czy Jakiegoś Andrzeja. Na pewno ci, co obejrzeli spektakl również doskonale pamiętają generującą silne emocje scenę z wanną czy żartobliwie potraktowane popisy pływackie w basenie z doskonałą imitacją wody (lustrzane odbicia, plastykowe piłeczki). Bez dobrze zaprojektowanej scenografii, rekwizytów i kostiumów nie byłoby możliwe skonstruowanie tak ciekawych wyrazowo scen. No i oczywiście trzeba podkreślić doskonałą grę zespołu aktorskiego. Każda z postaci została porządnie zbudowana, z niuansami, precyzyjnie. Trudno do czegokolwiek się przyczepić. Ich wahania, nastroje, jakieś dylematy natury moralnej, obawa przed ośmieszeniem się a jednocześnie takie trochę dziecięce pragnienia i weryfikacja własnych możliwości poparta przykrym racjonalizmem były boleśnie prawdziwe. 

I owa prawda przekazu sprawia, że publiczność bardzo łatwo może odnaleźć w postaciach z „Pływalni” kawałki siebie. A to, wiecie, dla wielu może nie być przyjemne, bo każdy chciałby oglądać siebie takim, jakim chciałby być a nie jakim jest naprawdę.


Fot. HAWA



***

"Pływalnia"
- Magdalena Drab

Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi
Premiera: 5 maja 2026 roku | Scena Kameralna


Realizatorzy:


Reżyseria: Rafał Sabara
Scenografia i kostymu: Beata Nyczaj
Choreografia: Urszula Parol
Muzyka: Jacek Lachowicz
Reżyseria światła i wideo: Aleksandra Wolan
Inspicjentka, suflerka: Katarzyna Brudek


Obsada


Jakaś Elżbieta: Dorota Kiełkowicz
Jakaś Maria: Izabela Noszczyk
Jakaś Krystyna: Edyta Jungowska (gościnnie)
Jakaś Janina: Magdalena Kuta (gościnnie)
Jakiś Andrzej: Bogusław Suszka



wtorek, 5 maja 2026

Twierdza Persil, czyli rzecz o dojrzewaniu. Premiera "Siódmego wtajemniczenia" - recenzja


W piątek 24 kwietnia 2026r. na Dużej scenie Teatru Nowego w Łodzi odbyła się premiera spektaklu "Siódme wtajemniczenie" w reżyserii Katarzyny Dudzic-Grabińskiej.  Publiczność mogła obejrzeć świetnie przygotowany spektakl, którego fabuła i wypływająca z niej pozytywna energia nieuchronnie wciągały widza w (retro)świat  dzieciństwa i dorastania, przenosząc go w czasie o kilkadziesiąt lat wstecz. Ale uwaga! Pomimo przyjętej przez realizatorów stylistyki retro, spektakl okazał się na wskroś współczesną produkcją, bo choć czasy się zmieniły to problemy pozostały te same. 



"Siódme wtajemniczenie" w Teatrze Nowym w Łodzi to adaptacja powieści jednego z moich ulubionych autorów książek dla młodzieży - Edmunda Niziurskiego,. Spektakl opowiada o przygodach trzynastolatka w szkole w Gnypowicach, który musi odnaleźć się w środowisku zdominowanym przez szkolne gangi. Cykorz - brawurowo zagrany przez Macieja Bisiorka - jako nowy uczeń staje się celem konkurujących między sobą Matusów i Blokersów.  Aby uniknąć nieprzyjemnych sytuacji chłopak musi dokonać wyboru, do którego z nich się przyłączyć, co oczywiście jest trudne. Ostatecznie daje się przekonać Matusom, musi jednak przejść wiele dziwacznych rytuałów i po kolei zdobywać stopnie wtajemniczenia. Cykorz w dowód odwagi i waleczności podejmuje się nawet prawdziwie inicjacyjnej wyprawy bohatera po skarb do twierdzy Persil. Dzięki temu osiąga tytułowe siódme wtajemniczenie.

Spektakl porusza kilka ważnych problemów, z jakimi - także współczesne - nastolatki muszą sobie radzić na etapie dojrzewania: adaptacja w nowym środowisku, tożsamość i i przynależność do jakiejś grupy, rywalizacja i jej konsekwencje, uleganie wpływom grupy rówieśniczej czy też nieuchronny koniec dzieciństwa, kiedy to traci się poczucie beztroski i niewinności. Daje to szerokie pole do interpretacji i rozmów o codziennych, realnych zdarzeniach czyniąc z tej realizacji naprawdę doskonały wstęp do bardzo merytorycznych zajęć z młodzieżą szkolną.

Jest to również inscenizacja bardzo „apetyczna” ze względu na doskonale wyważoną mieszankę humoru, dynamicznej akcji i nostalgii. Niewątpliwie może bawić zarówno młodszych, jak i starszych widzów. Tym bardziej, że spektakl został świetnie przygotowany i równie świetnie zagrany. Jerzy Basiura i Julia Nowak zaprojektowali bardzo stylowe kostiumy i scenografię. Reżyserująca spektakl Katarzyna Dudzic-Grabińska z wyczuciem wydobyła z książki Niziurskiego wszystko, co najlepsze, z uwagą i szacunkiem dla autora i na dodatek pozwoliła aktorom „wygrać się” a to ogromny plus. Nieraz bowiem daje się zauważyć w grze aktora jakiś nieprzyjemny ciężar, kiedy bardzo usilnie stara się coś zagrać, ale nie wychodzi, bo narzucona forma paraliżuje go wewnętrznie... Ale nie w przypadku „Siódmego wtajemniczenia”, bo tutaj królowały swoboda i luz, chociaż tempo gry na pewno było mordercze. Zresztą aktorzy doskonale odwzorowali zachowania i postawy dzieciaków, jakby wrócili do czasu, kiedy sami byli dziećmi. Nie ukrywam, że bardzo spodobał mi się sam koncept jak i jego realizacja. 

Podsumowując mogę z czystym sumieniem rzec, że najnowsza realizacja łódzkiego Teatru Nowego jest godna uwagi widza w różnym wieku. Tym razem nie mam powodu do grymasów i narzekań - świetna plastyka, oprawa muzyczna, praca aktorów, dramaturgia, dynamiczna i ciekawa fabuła. Same plusy. 

A zatem... brawo.


 

Fot. HAWA


Fot. HAWA


Fot. HAWA



Fot. HAWA





***


Siódme wtajemniczenie”
- Edmund Niziurski

Teatr Nowy im. K. Dejmka w Łodzi
Premiera: 24.04.2026, Duża Scena


Realizatorzy:

Reżyseria i adaptacja: Katarzyna Dudzic-Grabińska
Scenografia i kostiumy: Jerzy Basiura
Asystentka scenografa i projekty: Julia Nowak
Muzyka: Tymoteusz Witczak
Ruch sceniczny: Tomasz Wesołowski
Asystent reżyserki: Konrad Michalak
Inspicjentka: Hanna Molenda


Obsada:

Maciej Bisiorek (CYKORZ)
Monika Buchowiec (ERNESTYNA)
Łukasz Gosławski (NIERADEK)
Gracjan Kielar (INOCYNT)
Maciej Kobiela (FRYDEK)
Paweł Kos (LOLO)
Halszka Lehman (SZPROT-RYMARSKA)
Konrad Michalak (MARSZALEC)
Adam Mortas (STEF)
Rozalia Rusak (PLEKSA)
Bartłomiej Kotwica (gościnnie) (ZEFLIK)
Matylda Wojsznis (gościnnie) (BĄBELEK)



sobota, 14 lutego 2026

Kobieta w teatrze - Rozmowa z Marią Gładkowską, aktorką teatralną, filmową i telewizyjną.




Z panią Marią Gładkowską spotykam się pomieszczeniach biurowych Teatru Nowego w Łodzi przed próbą spektaklu „Testament Szekspira” w reż. Marka Pasiecznego. Przy pysznej herbacie toczy się całkiem poważna rozmowa o teatrze i wyzwaniach przed jakimi staje kobieta wybierając zawód aktorki.



Fot. Materiały promocyjne Teatru Nowego w Łodzi



Maria Gładkowska - A była Pani na jakimś moim spektaklu?

Agnieszka Kowarska - Na tych granych w Łodzi to na wszystkich.

Na „Testamencie Szekspira” też?

Tak. Recenzowałam ten spektakl.

Nie czytam recenzji. Nie czytam dlatego, że denerwuję się, kiedy ktoś czegoś nie zrozumiał. Albo myślę, że coś źle zrobiłam, że nie było to czytelne, że nie zrobiłam właściwego przekazu. Denerwuję się po prostu.

„Testament Szekspira” bardzo mi się podoba. Jest grany z dużym bagażem emocjonalnym, autentycznie i wiarygodnie.

Marek Pasieczny bardzo mi w tym pomógł. Ja już wcześniej byłam tutaj w teatrze, kiedy Mirka Marcheluk była dyrektorem a Marek Pasieczny realizował tu „Złodzieja”, w którym grałam z Darkiem Kowalskim. Podczas pracy przy „Złodzieju” czułam się bardzo bezpiecznie. Bo muszę powiedzieć, że wcześniej niewiele grałam w teatrze. Grywałam, owszem, w Teatrze Adekwatnym pani Wójcik. I gościnnie grywałam. Grywałam jeszcze w Teatrze Powszechnym w Warszawie za życia świętej pamięci Zygmunta Hübnera. No i w innych teatrach. Ale nie miałam takiego bliskiego kontaktu z teatrem. I praca z Markiem dała mi poczucie bezpieczeństwa na scenie.

To znaczy?

Dostrzegłam w nim taką wrażliwość, a jednocześnie umiejętność przekazania aktorowi, czego oczekuje, co chce wyjąć z tego tekstu i przekazać. I kiedy myślałam o monodramie i znalazłam ten tekst, to pomyślałam sobie, że Marek mógłby to wyreżyserować. Bo mamy podobne widzenie teatru, podobną wrażliwość na sztukę i słowo. Wiedziałam, że mi pomoże i nie zawiodłam się.

Mogła pani wybrać reżysera?

Dyrektor Dudek zapytał, z kim mogłabym pracować przy „Testamencie…” i ja właśnie wskazałam Marka. Powiedziałam, że po prostu znajdziemy wspólny język i jestem pewna, że mnie poprowadzi dobrze w tej roli. I bardzo się cieszę, że to właśnie Marek mnie przygotował do tego spektaklu.

Pomimo doskonałego rozumienia istoty teatru, to jednak częściej występowała pani w filmach.

To prawda, ale to wynikało z moich priorytetów życiowych jako kobiety. Być może właśnie dlatego tekst „Testamentu Szekspira” stał mi się tak bardzo bliski. Kiedy kończyłam szkołę aktorską w Warszawie, poprosił mnie ktoś, żebym spotkała się z dyrektorem Dejmkiem, wówczas dyrektorem Teatru Polskiego w Warszawie, bo on myśli o tym, żeby mnie zaangażować. Ale ja wtedy byłam w ciąży z moją córeczką. To był początek ciąży a mój mąż nie akceptował tego, żebym była w teatrze. Absolutnie nie akceptował tego.

Dlaczego?

Teatr jest zaborczy. Teatrowi trzeba się poświęcić. A ja mając już synka i będąc w ciąży z drugim dzieckiem nie bardzo mogłam sobie na to pozwolić. Dlatego nie poszłam na tę rozmowę i nie skorzystałam z zaproszenia. Natomiast po dwóch latach ponownie zwróciłam się do dyrektora Dejmka i poprosiłam go o spotkanie, powołując się na to, że kiedyś był zainteresowany współpracą ze mną. Nasza rozmowa była dość zabawna, bo dyrektor Dejmek powiedział, że „teraz to pani się już zestarzała”. Ja mu wtedy odpowiedziałam, że dobrze się trzymam.

I jak zakończyło się to spotkanie?

Jego to rozbawiło i podpisaliśmy umowę. Zaangażował mnie na etat. Ale krótko po podpisaniu umowy, myślę, że to było kilka miesięcy później, nie pamiętam w tej chwili dokładnie, zostałam zaproszona na zdjęcia próbne do serialu. A konkretnie do „Białej wizytówki” w reżyserii Filipa Bajona i jednocześnie do filmu „Magnat” i do serialu „Nad Niemnem”. Tak się złożyło, że wygrałam obydwa castingi, wówczas zdjęcia próbne i otrzymałam równolegle propozycje do dwóch głównych ról.

Sytuacja stała się trochę problematyczna...

Poszłam na spotkanie z dyrektorem Dejmkiem, mówiąc mu, że chciałabym zagrać w jednym z nich. Dyrektor Dejmek powiedział: „musi pani zdecydować, albo film, albo teatr”. „Jeżeli wybierze pani film, to będziemy musieli rozwiązać naszą umowę za obopólnym porozumieniem stron.”

I jaka była Pani decyzja?

Rola Daisy w filmie „Magnat” i w „Białej wizytówce” były dla mnie na tyle ciekawe i kuszące, że wybrałam film. Rozwiązaliśmy umowę za porozumieniem stron. Takie było moje spotkanie z dyrektorem Dejmkiem. Jak się okazało, nie był to koniec mojej relacji, choć zaangażowałam się tutaj do teatru, kiedy Mirka Marcheluk zaproponowała mi współpracę a dyrektor Dejmek już nie żył. Ale ja jednak czułam, że to on mnie tu ściągnął.

Wybrała pani „Magnata” i teatr zszedł na dalszy plan.

Tak. Zagrałam w „Magnacie”. A później jeszcze urodziłam trzecie dziecko, syna. Nie mogłam sobie pozwolić na takie całkowite poświęcenie się teatrowi. Ale grywałam gościnnie, tak jak powiedziałam, współpracowałam z Teatrem Adekwatnym. No i grałam w filmach. Czyli mogłam regulować swój czas jednocześnie opiekując się dziećmi. Bo tak jak powiedziałam, miałam priorytety. Czyli dla mnie były to dzieci i rodzina – one stały na pierwszym miejscu. No i zajęłam się wychowywaniem dzieci i kształtowaniem ich. Stąd moja, może mała, obecność na scenie. Ale brakowało mi teatru. Cały czas brakowało mi teatru.

A w którym momencie zdecydowała Pani, że tego teatru będzie więcej?

Kiedy dzieci pokończyły studia, to znaczy wtedy jeszcze Adam, mój najmłodszy syn, był na studiach, kiedy wróciłam do teatru. Właściwie był jeszcze w klasie maturalnej, potem był na studiach. Ale starszy syn i córka skończyli już studia, wyfrunęli z domu. No i wtedy pomyślałam, że... Poza tym praktycznie sama wychowywałam te dzieci. Tak się złożyło. Mój drugi mąż zmarł. No i trzeba było dostosować karierę do sytuacji. Tak, tak, tak.

Całkiem jak u żony Szekspira.

Ona też poświęciła się. Właśnie Anne Hathaway pokazuje nam, jak wygląda rola kobiety w życiu mężczyzny. W życiu w ogóle. Rola kobiety od wieków była drugoplanowa. Pierwsze skrzypce zawsze grali mężczyźni.

I dlatego w repertuarach jest więcej ról męskich?

Bo pisali je przeważnie mężczyźni. Pisali o sobie. No i grali mężczyźni. Mówili o sobie. Kobieta jest dodatkiem do mężczyzny. Ewa została stworzona dla potrzeby Adama. No właśnie... I to tak się ciągnie za nami.

A czy to się zmieni?

Chyba nie. Chyba się nie zmieni. To znaczy, ja nie chcę przez to powiedzieć, że umniejszam w ten sposób rolę i postawę mężczyzny. Nie. Ale jestem zdecydowanie zwolenniczką partnerstwa. Partnerstwa w życiu prywatnym i w życiu zawodowym. Boleję nad tym, że kobiety nadal mają niższe uposażenia, niższe pensje niż mężczyźni. Mniej zarabiają nawet na podobnych, równorzędnych stanowiskach. Boleję nad tym, bo nie jest to sprawiedliwe.

Muszą więcej pracować i więcej poświęcać.

Tak, zdecydowanie tak. Chociaż dziś te role troszeczkę się zmieniają. Jest wielu mężczyzn, którzy przecież biorą urlopy tacierzyńskie po to, żeby opiekować się dzieckiem, jeżeli kobieta chce się realizować zawodowo. Czy też z tych ról życiowych wynika, że to kobieta pracując będzie miała wyższe uposażenie niż mężczyzna.

Czy w przypadku robienia planów repertuarowych w teatrach sytuacja choć trochę zmieniła się na korzyść kobiet? Więcej jest takich dobrych, mocnych ról kobiecych?

Oczywiście tak. Ale to dlatego, że kobiety walczą o swoje prawa, walczą o swoją obecność w życiu i chcą być traktowane jak partnerki. I kobiety doprowadzają do tego, że ich rola jest coraz większa. To znaczy zawsze była duża, ale niedostrzegalna zawodowo. Tak. Myślę, że tak. Kobiety zostają reżyserkami, kobiety robią piękne filmy, wspaniałe spektakle na deskach teatralnych. Kobiety są operatorkami za kamerą, choć jest to bardzo trudny zawód dla kobiety, ale jednak dają radę. Także myślę, że coraz więcej jest ról dla kobiet a moja rola w „Testamencie Szekspira” o tym świadczy.

Grywa Pani w komediach. Czy przygotowanie się do roli komediowej jest łatwiejsze niż do dramatycznej czy tragicznej? Komedia to jest taka łatwa, przyjemna, leciutka produkcja, zatem co to za problem i wysiłek dla aktora jest zagrać?

Może zacznijmy od pewnych predyspozycji. Ja zawsze myślałam o sobie, że jestem zdecydowanie aktorką dramatyczną - bardziej aniżeli aktorką komediową. Myśląc o swoich możliwościach to tak siebie postrzegałam. Zresztą taka jestem też w życiu - raczej dużo bardziej poważna, zanurzona we wnętrzu, raczej introwertyczna. I wydawało mi się, że komedia będzie dla mnie zbyt trudna. Ale właśnie we współpracy z Markiem Pasiecznym przy „Złodzieju”, okazało się, że jednak są tam we mnie jakieś pokłady komediowe, tylko trzeba do nich dotrzeć. No i ta praca pokazała, że mogę. A później przyszły „Przyjazne dusze” w reżyserii Pawła Pitery, które miały ogromne powodzenie. Właśnie występując w „Przyjaznych duszach” poczułam się bardzo swobodnie, dobrze i sprawiało mi to ogromną przyjemność. Nie było to dla mnie żadną trudnością, odkryłam, że komedię też mogę jak najbardziej grać.

Czy pracując nad rolą komediową inaczej przygotowuje się pani do roli?

Nie zastanawiałam się na tym... Nie, po prostu próbuję wydobyć z tego tekstu, który mam wszystko to, co tam jest albo sama nadaję zabawną barwę. Może to też jest związane z pewną dojrzałością, że dzisiaj myślę o życiu trochę inaczej niż, powiedzmy, 30 lat temu. Uważam, że humor na co dzień, nawet w najtrudniejszych sytuacjach, jest nam niezbędny. Bo sama wrażliwość i takie myślenie bez humoru o trudach codzienności to zmierza chyba w złą stronę, raczej bardziej medyczną, chorobową. Humor nam jest potrzebny bardzo. Myślę, że jak najwięcej powinniśmy się śmiać, nawet sami z siebie. Może nawet przede wszystkim sami z siebie. Trzeba mieć dystans do wielu spraw.

Jak radzi sobie pani z taką różnorodnością tożsamości, z którymi musi się zmierzyć? Przecież każda rola powinna być przeżyta, w każdą trzeba wejść, wiarygodnie zagrać ją i na jakiś czas stać się po prostu kimś innym. Czy pani utożsamia się z postacią, którą gra? Aktorstwo to chyba zawód wysokiego ryzyka?

To jest zawód bardzo wysokiego ryzyka. Psychika aktora i ciało aktora są instrumentami, na których gramy. A słowa... Każde słowo ma znaczenie dla mnie, każde słowo ma wartość. Jest jak nuta w partyturze. I kiedy wypowiadam słowo to za tym słowem jest myśl, jest emocja. I dla mnie tekst, który otrzymuję, jest źródłem, z którego wychodzę, więc on sam mnie niesie. W każdym zapisanym słowie jest emocja, jakaś myśl i ja próbuję tę nutkę zagrać na sobie, tak jak na instrumencie gra muzyk. I teraz ważne jest to, żeby zachować do tego dystans i umieć odciąć się od postaci, od tekstu, od charakteru postaci, od roli i wiedzieć, że to jest to, co próbuję przekazać widzowi a przy tym zachować to swoje „ja”, po to, żeby mieć zdrową psychikę.

To chyba nie jest łatwe?

To jest bardzo trudne. Wielu aktorów, może dziś jest takich mniej, ale wielu aktorów dawniej, kiedy byłam młodsza, utożsamiało się z postacią na życie. Jeśli aktor grał Hamleta, to Hamletem był w domu, na ulicy i w sklepie. I to jest właśnie bardzo niebezpieczne, bo nasza psychika jest taka delikatna. Bardzo delikatna. Pamiętam panią profesor Barbarę Lasocką, która uczyła mnie historii teatru i dramatu - o niej pisałam pracę magisterską - i jej mąż, który był bratem Wojciecha Pszoniaka, wychodził z domu i był w teatrze na godzinę, dwie przed spektaklem. Najpierw ćwiczył, to znaczy wykonywał ćwiczenia fizyczne, a potem pracował z tekstem i wchodził w rolę. I on w tej roli był, wychodził z teatru i nadal w tej roli był. Wielu aktorów tak robiło, również Tadeusz Łomnicki, który był moim nauczycielem.

Miała pani fantastycznych nauczycieli.

Będąc w Szkole Teatralnej na ul. Miodowej w Warszawie miałam szczęście do wspaniałych nauczycieli. Opiekunem mojego roku początkowo był Jan Świderski. Miałam z nim zajęcia. Miałam zajęcia z Tadeuszem Łomnickim, ze świętej pamięci Zofią Mrozowską. Studenci reżyserii pracowali z Zapasiewiczem, z panem Holoubkiem, a myśmy czasami u tych młodych reżyserów grywali. Więc ten kontakt z takimi osobowościami cały czas był. A że człowiek uczy się również obserwując, więc to dla mnie były wspaniałe lekcje. Tadeusz Łomnicki na zajęciach bardzo często był postacią, którą grał aktualnie w teatrze. I myśmy to widzieli - „o teraz robi to, gra rolę taką i tak, no dobra, to jest tym i tym”. Dziś u młodych aktorów, ja już tego nie dostrzegam, ale być może za mało ich znam. Jest to ogromne niebezpieczeństwo dla psychiki aktora, jako człowieka, żeby tę rolę przygotować, żeby zagrać ją dobrze a jednocześnie pozostać sobą i pozostawić swoją osobowość i swoje życie w tych ramach takich twardych.

Czy była jakaś rola szczególnie dla Pani trudna, taka właśnie maksymalnie obciążająca?

Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Myślę, że każda rola, do której się przygotowywałam, była na dany moment trudnością, z którą się mierzyłam i nie umiem odpowiedzieć na takie pytanie. Ale bardzo dobrze np. czułam się w roli Daisy w „Magnacie”. To była fantastyczna praca, i z reżyserem, i z aktorami, którzy tam grali, z Jankiem Nowickim. To była wspaniała praca. W serialu, nie ma tych scen w filmie, ale w serialu są sekwencje, gdzie gram matkę Ola Łukaszewicza, Janka Englerta i Bogusia Lindy, w których charakteryzacją postarzenia usiłowałam swoją psychikę dostosować do granej postaci. Byłam wtedy bardzo młoda a przecież to sceny z dorosłymi synami. Więc to była dla mnie trudność, żeby przekazać, przeistoczyć się w taką postać i przekazać widzowi sposób patrzenia starej kobiety na dorosłego syna. Dzieci miałam wówczas maleńkie, więc to była trudność.

Czyli w przypadku „Seksu dla opornych” wejście w rolę dojrzałej kobiety, która stara się odświeżyć swój związek w jakiś sposób z mężem okazało się znacznie łatwiejsze?

Zdecydowanie tak, bo dla młodej kobiety, dwudziestoletniej czy trzydziestoletniej, trudno jest zagrać taką rolę, bo to nie jest kwestia tylko charakteryzacji, ale konstrukcji myśli. Bo skąd może wiedzieć, jak przebiegają myśli dojrzałej, starszej kobiety i jej relacji z dorosłym już synem? Co ona ma jemu przekazać? Dla mnie to było wówczas jednak trudne.

Zakładam, że dzisiaj przychodzi to pani z łatwością.

Dzisiaj już jestem w odpowiednim - delikatnie mówiąc – wieku dojrzałym. Moje doświadczenia życiowe, moje przejścia i trudy, które mam za sobą, na tyle mnie ubogaciły, że dały mi wiedzę i poczucie takiej wewnętrznej dojrzałości i zrozumienia problemu w postaci, którą gram. Zyskałam przez swoje życie to, co teraz było mi potrzebne do stworzenia postaci, do zagrania tej roli.

W tym spektaklu pojawia się Pani w erotycznej bieliźnie. Czy to było bądź nadal jest w jakiś sposób dla Pani krępujące?

Dla aktorki nie powinno być krępujące, bo to kwestia profesjonalizmu. Przecież jest cały czas kobietą i człowiekiem z drugiej strony, tak? Każdy patrzy na to inaczej. Ja mogę tylko powiedzieć o sobie, bo obserwuję młodych aktorów dziś, którzy zupełnie inaczej do nagości podchodzą, ale też i w moim pokoleniu było inne podejście. Ja zawsze miałam trudność z eksploracją mojej cielesności. Nie znajdzie pani w żadnym filmie mojego aktu. Nigdy się nie rozebrałam przed kamerą, ponieważ uważałam, że nie było to potrzebne. Bo żeby zagrać, żeby przekazać widzowi scenę intymności związanej z cielesnością, niekoniecznie trzeba tę cielesność pokazywać. Ale jeszcze raz podkreślam, to jest moje zdanie, to jest moje odczucie i ja w żaden sposób nie chcę wypowiadać się o tym, jak do tego podchodzi inny aktor czy aktorka.

Aktorka ma prawo się wahać?

Absolutnie. To jest sprawa bardzo indywidualna, bardzo osobista. Ja miałam zawsze z tym jakiś problem, ale właściwie najbardziej to uważałam, że to nie jest konieczne. Ale gdybym miała do zagrania taką scenę, jak Janda miała w „Przesłuchaniu”, to też bym się rozebrała, bo to było potrzebne i ważne. Jednak w tych rolach, które mnie dotyczyły i z którymi ja miałam styczność, nie było to konieczne. A teraz, dalej idąc, mam dzisiaj dystans do siebie. Inaczej patrzę na moje życie dzisiaj, aniżeli 30 lat temu.

Mam wrażenie, że akceptuje pani upływ czasu i to, że pojawia się starość.

Wszyscy się starzejemy, czas jest nieubłagany dla wszystkich jednakowo. Nasze ciało wietrzeje, przybywa nam zmarszczek. Pojawiają się mało estetyczne fragmenty na naszym ciele. Ale jak powiedziała Emma Thompson: „To jest nasze ubranie w tym życiu”. To jest nasze ubranie i to jest jedyne, co posiadamy. Dlaczego mamy się tego wstydzić? Dlaczego mamy się wstydzić tego, że się starzejemy? Moja mama mówiła: „Kochanie popatrz na te róże. Ona była taka piękna, jak była świeżo ścięta, a teraz jest zwiędnięta i pomarszczona, ale nadal jest piękna”. Dlaczego nie chcemy dostrzegać piękna w dojrzewaniu i starości? Jak wzruszające są dla mnie sceny, kiedy małe dziecko, śliczne, delikatne, wrażliwe dziecko trzyma dłoń dziadka, babci, pomarszczoną, spracowaną, ciężką od tej pracy. Jakie to wzruszające jest.

Niektórzy nie potrafią tego zaakceptować.

Owszem. Była to dla mnie trudność, z którą musiałam się zmierzyć, bo wstyd dotyczy nas wszystkich. I mam świadomość tego, że moje ciało dziś nie wygląda tak jak trzydzieści, czterdzieści lat temu. Ale oprócz mnie na tym świecie są miliony kobiet, które są w takiej sytuacji jak ja i też mają niedoskonałości, mają to wszystko, co wiąże się z wiekiem. Ja bym chciała, żeby one miały odwagę nie wstydzić się tego. I żeby im to przekazać, musiałam dokonać na własnym organizmie taką operację, żeby przełamać w sobie ten wstyd. Bo to czemuś ma służyć.

„Seks dla opornych” to świetnie napisana i zagrana komedia. A przy tym mądra.

Ma przesłanie, że życie dojrzałego człowieka też może być piękne, też może być atrakcyjne i radosne. I wcale nie musi być smutne i to, że kończymy te pięćdziesiąt lat, to przecież nie jest koniec życia. Nie jest, bo nadal możemy się nim cieszyć a skoro jesteśmy na tym świecie, to naszym obowiązkiem jest cieszyć się z tej każdej chwili, którą mamy. Cieszyć się, a zarazem przekazywać i dawać innym, młodszym wzorzec. Przekazywać im coś, co będzie miało dla nich wartość, co będzie dobrą lekcją. Tak do tego ja podchodzę, ale jeszcze raz powtarzam, to jest mój stosunek do cielesności.

Zakładam, że ten spektakl będzie jeszcze długo grany?

Tego nikt nie wie.

W „Tajemniczym ogrodzie” ma pani małą, ale wydaje mi się – znaczącą rolę. Świetnie oddała pani przemianę granej postaci – od osoby zdyscyplinowanej, zasadniczej, nieco oschłej po radosną, cieszącą się tym, co jest tu i teraz. Czy granie w sztukach dla dzieci czymś się różni od gry w sztukach dla bardziej dorosłych osób? Trzeba o czymś szczególnie pamiętać grając spektakle familijne?

Na początku „Tajemniczy ogród” był dla mnie dużym przeżyciem w filmowej wersji Agnieszki Holland. To był film przepiękny. Oczywiście wcześniej, jeszcze jako dziewczynka czytałam książkę. Moje wyobrażenie całego życia bohaterów, tej całej historii było oczywiście troszeczkę inne niż to przedstawiła Agnieszka Holland. Piękniejszy był film od moich wyobrażeń.

Pani Medlock jest surową, trudną do zrozumienia postacią. Dlaczego ona taka jest?

Ta kobieta jest samotna. Ta kobieta żyje tylko i wyłącznie życiem mieszkańców tego domu, czyli swoich gospodarzy, właścicieli domu i dziecka. W jakimś sensie to jest naturalne, że nie mając innego życia, to oni stali się jej rodziną. W związku z czym ona emocjonalnie, uczuciowo była zaangażowana we wszystko, co dotyczyło tego domu i tych ludzi, mieszkańców tego domu. Ponieważ była starsza od pana domu, to mogła go traktować trochę jak syna, a potem jego syna jak swojego wnuczka. Więc te uczucia są, ona je ma, ale nigdy nie były wyeksponowane. To jest w niej, w środku. Ale przede wszystkim miała poczucie, bardzo silne poczucie obowiązku, żeby wykonać swoją pracę w tym domu, zarządzać tym domem, żeby wszystko grało jak w zegarku. I dlatego ona musi być twarda, surowa, ona musi być w związku z tym nieprzyjemna, zewnętrznie. A co się dzieje w niej, w środku, tego nikt nie wie, bo jej życie dla nikogo nie jest istotne. Nikt się nią nie przejmuje, przecież jest to człowiek, inny człowiek.

Oglądając panią w początkowych scenach, myślałam sobie „coś tu mi nie gra, Medlock taka nie jest, ona udaje”.

No właśnie, żeby taką postać zagrać, to musiałam sobie zbudować ten background, czyli to co się dzieje z nią, kiedy nagle odzywa się w niej młoda kobieta, odzywa się w niej dziecko. No, na dobrą sprawę, to wszyscy jesteśmy dziećmi do końca naszych dni, takimi przerośniętymi dziećmi. I ważne jest, żeby tę swoją wrażliwość dziecięcą zachować i wcale nie wstydzić się jej i też nie ukrywać przed światem, bo po co? Kiedy ta młodość, ta świeżość w postaci się obudziła, to miałam wrażenie w pierwszym momencie, że ta postać tak trochę niezręcznie czuje się w nowej roli, że jest fajne tak cieszyć się. I takie było troszeczkę zdziwienie się tej postaci, że w nowej sytuacji dla siebie odnalazła się. To znaczy w nowej na chwilę obecną, bo być może taka była dawniej, wcześniej, znacznie wcześniej w młodości i to było niesamowite, jak to się zmieniło.

Ale pozostała na „swoim” miejscu...

Bo zmieniła się wewnętrznie, ale prace, które ona wykonywała, obowiązki, które jej dotyczyły nie. Ona musiała po prostu wykonywać swoje obowiązki, bardzo poważnie podchodziła do swojej pracy. I ona mówi, jeżeli ten pan mnie zwolni, to co ja zrobię? Przecież tu jest moje życie, ja tu jestem od zawsze, gdzie ja znajdę drugi taki dom? Czy ja lubię ten kurz, to sprzątanie, te kąty wszystkie? No tak, lubię, bo to jest moje życie, to jest jej życie. Dlaczego ona ma tego nie lubić? Ona nie miała innego życia. Czy nie lepiej jest lubić swoje życie, nawet jeśli ono jest trudne, nawet jeśli ono wymaga od nas pracy nad sobą? A o co chodzi w tym naszym życiu? Czy nie chodzi o to, abyśmy się radowali, cieszyli tym, co mamy, ale jednocześnie żebyśmy pracowali nad sobą? Całe życie pracujemy nad sobą, doskonalimy się.

Dużo ważnych pytań, ale mało kto sobie na nie odpowiada...

I nagle odkryła, że ona nie wyobraża sobie życia poza tym domem. Nie wyobraża sobie, bo tylko to ma, bo nie ma swojego domu, nie ma dziecka, nie ma wnuka, nie miała męża, czyli to jest jej życie i ona nie chce niczego innego. A nagle powstało pytanie: „Boże, jeżeli on mnie zwolni, to co ja ze sobą zrobię?”

Ale czy ten strach rzeczywiście pojawia się w niej, w tej postaci?

No tak, właśnie w tym momencie, dlatego też ona tak usilnie chce perfekcyjnie wykonywać swoje obowiązki. „Mary, gdzie ty jesteś? Ja muszę się tobą zaopiekować. Mary, ty powinnaś to zjeść, idź spać, zjedz, idź na spacer, zrób to, co masz zrobić.” To są rzeczy do wykonania. Musi to zadanie wykonać. To są obowiązki i ona musi to wykonać. I teraz jeżeli ona nie dopilnuje tych swoich obowiązków, to straci to swoje życie, a ona to życie kocha, ona lubi to swoje życie.

Nie wiem, czy pani zgodzi się ze mną, ale wydaje mi się, że w tej chwili opowiada pani o sobie.

Tak jak powiedziałam. Nasze ciało, nasza psychika to jest instrument, na którym gramy. Żeby umiejętnie grać na tym instrumencie, musimy dobrze ten instrument znać. Z upływem czasu poznajemy coraz lepiej ten nasz instrument. Uczymy się go, bo my uczymy się siebie całe życie. Uczę się siebie całe życie. Odkrywam siebie i poznaję w różnych sytuacjach, które są dla mnie nowe, których jeszcze nie doświadczyłam. Tak, ja korzystam z tego instrumentu, czyli korzystam z moich doświadczeń, korzystam z mojej wrażliwości, która czasem jest ogromną trudnością do pokonania. Ale nie mam innego instrumentu, tylko ten.

Miewa pani chwile zwątpienia w to, co robi?

Oczywiście, że tak. Wielokrotnie. I te chwile zwątpienia są czasem bardzo trudne, ale też ubogacają mnie. Bo kiedy poznaję swoje reakcje, swoje odczucia, swoje emocje związane z jakąś nową okolicznością, nową sytuacją, nowym człowiekiem, żeby to zaakceptować, żeby to przyjąć, to muszę wykonać jakąś wewnętrzną pracę. Więc tak, to jest trudne.

A zdarzają się często?

Nie umiem tego ocenić. Zdarzają się, są. Czasem jest bardzo, bardzo trudno.

Czuje się pani spełniona jako aktorka?

Ponieważ, tak jak wspomniałam z uwagi na moje priorytety życiowe późno znalazłam się na deskach teatralnych, miałam wrażenie - i do dzisiaj mam takie poczucie - że jestem odbierana tak: „grała w filmie, co ona wie o teatrze”. Zresztą spotykam się nadal z takimi opiniami. Pani dyrektor Ignatjew zapytała: „ale pani przecież późno weszła na deski, Pani mało grała w teatrze?” Ale czy to znaczy, że gorzej mogę przedstawiać postaci? Czy to znaczy, że mniej umiem, mniej wiem? Nie myślę. Doświadczenia z filmu i z teatru są różne, bo inne są techniki przekazu. Ale ja bym nie wartościowała tutaj, więc odpowiadając na pani pytanie, to, że przepracowałam sama z sobą swój strach, swój wstyd, swoje opory różnego rodzaju, zawdzięczam teatrowi, może filmowi, ale na pewno w większym stopniu teatrowi. I bardzo się cieszę, że miałam możliwość zagrania i w komedii, i w dramacie. I bardzo się cieszę, że zrobiłam w moim zawodowym życiu monodram, który jest najtrudniejszą formą teatralną, ponieważ przez tę godzinę trzeba zainteresować widza, żeby nie ziewał, żeby nie było mu twarde krzesło. I myślę, że tę pracę wykonałam sumiennie i nie mam wyrzutów sumienia. A czy czuję się spełniona? W jakimś sensie tak, bo miałam szansę zagrania w różnych formach teatralnych, ale nie myślę, że to jest koniec.

Widzę przed panią dalszą drogę.

Ja też widzę. Myślę, że mam i mogę jeszcze wiele przekazać widzowi i młodszym koleżankom, kolegom. Zresztą, jeśli chodzi o tę bajkę, czy też przedstawienie familijne „Tajemniczy ogród”, to muszę powiedzieć, że z dużą radością patrzę na młodzież w tym spektaklu. Naprawdę z dużą radością. I pomimo że mam tam pięć wejść i mój udział w tym spektaklu nie jest wielki, to chociaż zwykle aktorzy wychodzą na garderoby w trakcie swoich przejściówek, to ja cały czas siedzę za kulisami i z radością oglądam młodzież. I z radością patrzę na ich energię, na ich zaangażowanie, na ich talenty wokalne i aktorskie. Sprawia mi to ogromną radość i ogromną przyjemność, naprawdę. Bardzo ich lubię.

Zatem życzę pani jak najwięcej takich przyjemności i aktorskich spełnień.

Dziękuję. Biegnę na próbę. Już chyba się zaczęła a ja nie lubię się spóźniać.




I pobiegła.




Na peryferiach kapitalizmu. Portret pokolenia w "Emigracji" w reż. Marcina Brzozowskiego

  Przenoszenie literatury stricte internetowej na deski teatru tradycyjnego od zawsze przypomina stąpanie po cienkim lodzie. Krótkie, często...