Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łódzkie Spotkania Baletowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łódzkie Spotkania Baletowe. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 sierpnia 2025

Bogactwo opiera się na różnorodności. Rozmowa z Jackiem Przybyłowiczem


- rozmowa z Jackiem Przybyłowiczem, tancerzem, rezydentem choreografem w Teatrze Wielkim w Łodzi i kuratorem Łódzkich Spotkań Baletowych.


Fot. J. Miklaszewska


Agnieszka Kowarska - Może na początek zadam dość banalne pytanie, bo nie bardzo wierzę w doniesienia prasowe na pana temat. Jak to się stało, że zaczął pan tańczyć?

Jacek Przybyłowicz – Mama przeczytała ogłoszenie w gazecie, że są przyjęcia do szkoły baletowej. Na początku nie bardzo mi się to podobało. To nie był mój pomysł, to był pomysł mamy, bo miała podejrzenia o jakąś dysfunkcję… Miałem po prostu dużą ilość energii i okazało się, że w jakiś sposób szkoła baletowa jest katalizatorem mojej takiej nadaktywności fizycznej. I te problemy wychowawcze, jakie rodzice mieli ze mną zostały zniwelowane przez system edukacji szkolnictwa baletowego. Chociaż decyzja to była pochopna to taniec stał się sposobem na życie, moją drogą życia. Ale to już w wieku późniejszym, kiedy rzeczywiście tego „bakcyla” przyjąłem.

Nie wierzę, że trzeba było Pana namawiać czy zmuszać...

Rodzice nie zmuszali mnie, broń Boże, ale to była ich propozycja – a może poszedłbyś zobaczyć, jak wyglądają egzaminy wstępne do szkoły baletowej? I ja z najwyższą lokatą do tej szkoły się dostałem. To oczywiście jakoś i dziś łechce moje ego. I pewnie ostatecznie dlatego zdecydowałem, że jednak pójdę do tej szkoły. Tak, nikt mnie nie zmuszał, ale to absolutnie nie był mój pomysł.

Karierę tancerza zakończył pan dość wcześnie, chyba w wieku 33 lat?

Mój organizm wydawał już sygnały, że nie jestem już wstanie kontynuować tej kariery na takim najwyższym poziomie wykonawczym ze względu ogromną ilość urazów. A przeszedłem je ze względu na ogromną ilość spektakli, które tańczyłem. To już była dewastacja własnego zdrowia.

Mówimy tu o pana pracy w Kibbutz Contemporary Dance Company?

Tak. Tańczyłem tam około 200 spektakli rocznie i praktycznie 6 dni w tygodniu byłem na bardzo wysokich obrotach. Byliśmy bardzo dużo pracującym zespołem. Zresztą do tej pory w tej grupie tak się pracuje, także… Gdybym zdecydował się na pracę w teatrze repertuarowym, myślę, że te parę lat jeszcze mógłbym potańczyć. Ale nie żałuję tego doświadczenia. Tu była szybsza eksploatacja ciała i większe obciążenia.

Pewnie to kwestia stylu tańca, bo są inne obciążenia są na stawy, mięśnie...

Na pewno. Przeszedłem cykl badań w Izraelu. Przeprowadziła je tamtejsza klinika medycyny tańca i ogólnie mówiąc wynik wskazywał, że te obciążenia od bardzo wczesnego wieku, także z etapu przygotowawczego, pozostawiają ślady do końca kariery wykonawczej.

Żałuje pan?

Myślę, że nie zamieniłbym tego swojego doświadczenia. Dobrze, że tak się stało. Po zakończeniu kariery wykonawczej nie miałem jakiegoś głodu bycia na scenie.

Był pan przesycony występami?

Byłem usatysfakcjonowany przebiegiem swojej kariery i teraz z uwielbieniem przyjeżdżam na Łódzkie Spotkania Baletowe obejrzeć jak fantastycznie inni tańczą. Delektuję się wykonaniami kolegów.

Odnoszę wrażenie, że obecnie to choreografia jest dla pana najważniejsza jako forma rozwoju twórczego. To konsekwencja, ciąg dalszy pana pracy jako tancerza czy po prostu nowy pomysł na życie zawodowe? Nie wszyscy tancerze odnajdują się po zakończeniu kariery nie wiedząc, co ze sobą zrobić.

Myślę, że wynikło to z potrzeby samodoskonalenia. Ta myśl we mnie dojrzewała i chciałem proces twórczy w jakiś sposób… rozwinąć. No, może za pierwszym razem chciałem się sprawdzić, bo pojawił się nagle II Ogólnopolski Konkurs Choreograficzny w Łodzi – drugi, bo pierwsza edycja była niemal 20 lat wcześniej. Studiowałem wtedy na Akademii Muzycznej, na pedagogice tańca a to była jedyna szansa odbycia studiów, które były studiami kierunkowymi. To był jedyny wydział w Polsce. Równocześnie tańczyłem w Teatrze Wielkim w Warszawie. I zdawałem sobie sprawę, że może to być jedyna szansa wzięcia udziału w tym konkursie, bo kolejna może się zdarzyć za następne 20 lat. W związku z tym oglądałem wszystko, co działo się w tańcu w tym czasie Polsce. Przyjeżdżałem właśnie na Łódzkie Spotkania Baletowe, ale w ogóle chłonąłem taniec. Nie tylko tańczyłem, przede wszystkim obserwowałem wszystko, co w tańcu się dzieje. I to był taki autorestart. I pojawiło się pytanie, czy jestem w stanie cokolwiek ułożyć, z czym będę mógł zgłosić się na taki konkurs.

I tak się stało, że za "Negocjacje" do muzyki Alessandro Marcella dostał pan pierwszą nagrodę.

Tak.

I co dalej? Dało to panu wiatr w skrzydła czy pojawiło się niedowierzanie i brak pewności siebie?

Wiatr w skrzydła i niedowierzanie to nie są wykluczające się wrażenia. Bo z jednej strony nie miałem żadnych umiejętności formalnych, nie znałem narzędzi choreograficznych, nie znałem technik tanecznych. A jeżeli naprawdę chciałbym być choreografem to przecież musiałbym się czegoś wcześniej nauczyć. A wtedy w Polsce wydawało mi się, że nie ma lepszego miejsca niż jakaś wewnętrzna emigracja, bycie na studiach, możliwości tańczenia w innych przestrzeniach poza tą bazą klasyczną, jaka wtedy była pierwszym moim bagażem edukacyjnym. Brakowało mi tych innych instrumentów, które dopiero po latach pozwoliły mi na świadome stanie się choreografem.

Wtedy, kiedy pan tworzył swoją pierwszą choreografię nie był pan w pełni świadomy tego, co robi?

Ja byłem świadomy, co chciałbym zrobić bez względu na ograniczenia wynikające z tego, że tak mało umiem. Ale przyjemność mi to sprawiało, bo proces twórczy w ogóle był ciekawy. To taka seria tworzenia czegoś, poszukiwania czegoś. Myślę, że kiedy ktoś chce być dobrym pisarzem musi posiadać jakiś warsztat pisarski. Brakowało mi wtedy tego warsztatu. Natomiast praca z wieloma choreografami, tymi wiodącymi choreografami przełomu XX i XXI wieku sprawiła, że ja rzeczywiście – podglądając ich metody pracy – umiałem je wykorzystać we własnej twórczości. I wydaje mi się, że jest to najlepsza szkoła choreografii. Wykładam teraz na Uniwersytecie Muzycznym na wydziale Tańca, m. in. analizę dzieła choreograficznego. Studentom zawsze mówię: „Drodzy państwo nie staniecie się poprzez udział w zajęciach znakomitymi choreografami. Możecie dostać instrumenty, które pozwolą wam w oczywisty sposób wykorzystać wiedzę w trakcie tego programu edukacji. Natomiast język sami musicie sobie wypracować, bo za was nikt tego nie zrobi.” Właśnie poszukiwanie języka to było pierwsze, bardzo zasadnicze zadanie do wykonania - chciałem, żeby w jakiś sposób w sobie ten język odnaleźć, wypracować.

Myślę, że to się panu udało. Dostrzegam też, że ma pan swoje ulubione sekwencje ruchu, które umieszcza często w swoich kompozycjach.

Myślę, że na pewno tak. Hm… Cały czas szukam, czasem zdarza mi się coś zrobić po prostu inaczej, że nie zachodzi powtórzenie oczywistych sekwencji czy rozwiązań, które dyktuje mi na przykład podświadomość. Natomiast jeżeli jest coś w czym dobrze się czuję, coś dobrze wygląda, to dlaczego mam to zmieniać? Można doskonalić w jakiś sposób…

Osadzić w innym kontekście?

Dokładnie. Ale generalnie to jest wielką wartością, jeżeli mówimy o dobrym choreografie, że on właśnie ma swoje rozwiązania, że jeżeli idziemy na jego spektakl to wiemy, czego możemy się spodziewać. Jest grupa choreografów, którzy pewne elementy umieszczają w każdej swojej choreografii. Są to jakby kropeczki nad „i”, które pojawiają się w różnych spektaklach.

Podobnie jak malarz stawia sygnaturę na swoim obrazie?

Tak. Oczywiście naturalną sprawą jest chęć zmiany albo rozszerzenie swojego języka tańca. W moim przypadku tak również często się dzieje, że po pracy z zespołem współczesnym mam ochotę układać choreografię „na palce” na duży zespół. Małe rzeczy po dużych i na odwrót - żeby było pewnego rodzaju zróżnicowanie, które daje jakby szerszą możliwość może nie tyle zmian co rozszerzenia określonego zasobu estetycznych narzędzi artystycznych. Wydaje mi się, że każdy choreograf szuka nowych rozwiązań, często podświadomie, nawet jeżeli już ma ugruntowany własny język. To jest coś, co jest niezwykle inspirujące.

Niewątpliwe z dobrym skutkiem stosuje pan te zasady, bo choreografie które widziałam zdecydowanie pozytywnie wyróżniają się spośród innych. Cały czas zastanawiam się, co w nich pojawia się takiego specyficznego? Czy to doświadczenia taneczne z Izraela i Niemiec powoduje, że ten ruch traktuje pan trochę odmiennie w swoich kompozycjach? Wygląda to tak, jakby analizował pan fenomen ruchu na różnych poziomach jego doświadczania.

Zawsze jak rozpoczynam jakiś proces staram się odciąć od swoich choreograficznych korzeni, tego całego doświadczenia. Ale może cały czas podświadomie czerpiemy z tego, co nas ukształtowało?.. Nie potrafię jednoznacznie odpowiedzieć na pani pytanie. Kiedy zaczynałem w zeszłym roku spektakl w Hiszpanii to nie wiedziałem, z czym wejdę do sali. Materiał, który dziś mam w głowie ciągle się zmienia, ale zakładam że zrobię coś nowego i przecież mogę rozpocząć nowy proces twórczy bazując na swoich ostatnich doświadczeniach choreograficznych.

A które z nich są dla Pana najcenniejsze?

Bardzo cennym doświadczeniem jest praca z małym projektem. Na przykład jest to duet albo trio, gdzie trzeba szukać zupełnie innych pomysłów, ponieważ te pomysły, które gdzieś najbliżej są w świadomości choreograficznej i w naturalny sposób - kiedy jesteśmy w poszukiwaniu nowego ruchu do nowej choreografii – „wyskakują” w którymś miejscu. Jak jakaś reklama, której nie chcemy oglądać.

To może sprawiać jakiś kłopot w pracy z zespołem?

Liczę na kontakt i współudział wykonawców, którzy staną się przez to współtwórcami choreografii. To zawsze jest nowe doświadczenie I nigdy nie wiem jak to finalnie będzie wyglądało.

W jednym z wywiadów wspomniał pan o tancerzach, którzy narzucają pewien materiał, bo mają ograniczenia czy jakieś warsztatowe niedoskonałości. Czy pan jako choreograf nie ma o to pewnego żalu, że jednak nie wszystkie koncepcje, które pan planuje zrealizować jednak nie zostaną zrealizowane?

Myślę, że nie mamy na to wpływu. Kiedy przyjmujemy zaproszenie do współpracy, to moim zadaniem jest dążenie do ideału wykonawczego - nawet jeżeli grupa nie jest idealna. A jeżeli jest to niemożliwe – to należy znajdywać takie środki artystyczne, które w możliwie optymalny sposób pozwolą tych tancerzy pokazać na scenie w jak najlepszym świetle. I wydaje mi się, że taka jest idea pracy twórczej i rola choreografa. To dodatkowy stres i dodatkowa motywacja oczywiście. Jakich środków artystycznych szukać mając na uwadze właśnie i dobro tancerza, i dobro choreografii? Często muszę skorygować choreografię albo wprowadzić inne rozwiązania, kiedy widzę, że coś nie działa technicznie.

Czy w takich sytuacjach dusza artysty nie cierpi?

Nie. Cierpię wtedy, kiedy nie jestem zadowolony z efektu finalnego.

A często się to zdarza?

Jestem bardzo wymagający. Rzadko zdarza się, żebym był ze wszystkiego do końca zadowolony, ale wydaje mi się, że w ogóle stan takiego samozachwytu albo braku podnoszenia sobie poprzeczki jest mi obcy po prostu.

Perfekcjoniści nie są szczęśliwymi ludźmi.

Ale czym jest perfekcja? Możemy tak określić pewien stan, w którym uświadamiamy sobie, że zawsze możemy pójść krok dalej czy podnieść poprzeczkę wyżej. Nie wiem. Dążenie do tego celu artystycznego jest pewnego rodzaju wyzwaniem artystycznym, któremu artysta stara się sprostać.

Niedawno dał się pan poznać także od innej strony. Podczas ostatnich Łódzkich Spotkań Baletowych w 2024 roku pełnił pan funkcję opiekuna merytorycznego całego wydarzenia. Czy miał pan dużo pracy jako ich kurator?

Musiałem przede wszystkim zaproponować program. Myślę, że w optyce festiwalu, który ma tak fantastyczną historię jest to - po pierwsze - niezwykle zobowiązujące. A po drugie, daje to wiele przyjemności. Zostałem o to poproszony w kwietniu 2023 roku, kiedy pracowałem nas swoimi choreografiami, ale je poskładałem i natychmiast zacząłem szukać, kto ewentualnie mógłby przyjechać na XXVII edycję Łódzkich Spotkań Baletowych. Jak się okazało ogromna ilość spektakli, które miałem na myśli i chciałem zaproponować, była niestety niedostępna. Albo zeszła z afisza i teatry tego w sezonie nie grały, albo zespoły po prostu przygotowywały się do innych wydarzeń artystycznych i premier. Niektóre natomiast miały już zakontraktowane wyjazdy na ten okres. Taki okres 2-3-letnich przygotowań jest optymalny. Mam świadomość tego, że gdyby budżet festiwalowy było o jedno zero wyższy to on absolutnie inaczej by wyglądał.

To znaczy jak?

Nie jest możliwe w dzisiejszym formacie funkcjonowania festiwalu zaproszenie zespołu, który ma sześćdziesięciu tancerzy, do tego jest pełen serwis technicznej obsługi, scenografia, kostiumy, przeloty, przejazdy dekoracji… To są gigantyczne pieniądze, porównywalne z największymi festiwalami operowymi, które Arena di Verone na przykład może produkować. Byłbym bardzo szczęśliwy mogąc zaprogramować i gościć w ramach Łódzkich Spotkań Baletowych balet Opery Paryskiej albo Tokyo Ballet.

Zapewne taniej byłoby po prostu pojechać na spektakl.

Dokładnie. Taniej jest wyekspediować połowę publiczności, która pojedzie i zobaczy spektakl w Paryżu niż przywieźć ten spektakl z Paryża do Łodzi. O tym mało kto wie, ale taka jest rzeczywistość. Musimy być realistami.

Myślę, że dobór zespołów w poprzedniej edycji ŁSB był sensowny. Przyjechały zespoły dobrze przygotowane z ciekawymi choreografiami. No, może nasz wystąpił troszkę gorzej, ale za to mierzył się z doskonałą, choć przecież specyficzną choreografią. Jakaś myśl przewodnia panu towarzyszyła, kiedy zapraszał pan zespoły? Miało się wrażenie, że każdy kolejny występ jest dopełnieniem poprzedniego.

One nie były estetycznie od siebie dalekie.

Nawiązywały do siebie?

Tak. Broniłem się jednak przed tym, żeby wymyślić jakieś słowo, które będzie słowem – idiomem tej edycji. Tym bardziej, że ŁSB były zawsze kalejdoskopem różnych jakości, ale bardzo wysokich poziomów artystycznych. Było tu wielu interesujących gości. Będąc widzem różnych festiwali za granicą i w Polsce muszę powiedzieć, że męczy mnie to, kiedy narracja kuratora jest dominująca. Czyli generalnie program jest fantastycznie przygotowany pod względem dramaturgicznym, ale nie ma w nim spektakli interesujących, które naprawdę chcę zobaczyć. I czy to nie jest nadużycie, które w tej chwili tak bardzo zakorzeniło się w budowaniu programów festiwalowych na świecie, że przez to nie mamy szansy obejrzenia podczas festiwalu najlepszego spektaklu, bo akurat w tym roku on nie pasuje do głównego idiomu? Moją chęcią było zorganizowanie przestrzeni, w której każdy praktycznie będzie mieć możliwość znalezienia dla siebie produkcji, którą chciałby zobaczyć. Nie oczekiwałem, żeby wszyscy chcieli zobaczyć każdą realizację, ale żeby zobaczył chociaż jedno dzieło, które chciałby rzeczywiście doświadczyć.

No to powiem szczerze, że ja czuję się w pełni usatysfakcjonowana.

Dziękuję za te słowa,. Myślę, że wszyscy, którzy przyjeżdżają na Łódzkie Spotkania Baletowe to niezwykła widownia. Myślę też, że gdybym zaprezentował ten program w innym mieście, nie zostałby on odebrany w tak entuzjastyczny sposób. Kiedy w 1991 roku oglądałem na żywo choreografię Ohada Naharina w Operze Narodowej w Warszawie to wtedy teatr był wypełniony może w 20-30%. Właściwie spektakl ten przeszedł zupełnie niezauważony przez publiczność warszawską. Dzisiaj gdybyśmy chcieli ten sam spektakl zaprezentować, to w ciągu paru minut sprzedałaby się każda ilość biletów na spektakle, które teatr by zaprogramował. Ale wielkich spektakli w polskich teatrach operowych nie ma. Dlatego Łódzkie Spotkania Baletowe są takim skarbem narodowym naszego środowiska.

Jak to?

Nie było kiedyś takiej tradycji oglądania tańca współczesnego w murach opery narodowej. Poza tym zespół nie był znany. To co się stało na przestrzeni 30 lat w kontekście percepcji tańca współczesnego jest jakąś kulturową rewolucją. Wtedy taniec współczesny był czymś mało popularnym naprawdę. Jego ranga była niewielka.

Ale w tym czasie już pojawiły się różnego rodzaju programy telewizyjne oparte na tanecznych pokazach konkursowych typu „you can dance”.

Nie, to już było kilka lat później. Natomiast to, co działo się nie było doceniane, bo nie było znane w Polsce. To funkcjonowało chyba tylko w Łodzi. To tutaj przyjeżdżałem zobaczyć jakiś spektakl. Do tej pory w Łodzi spotykamy się środowiskowo i po tylu latach np. widzę się z kimś i mówimy sobie „to do zobaczenia za dwa lata na festiwalu”. Na widowni oczywiście. Ale są to pewnego rodzaju długoterminowe przyzwyczajenia, które ukształtowały tak fantastyczną publiczność, która jest dzisiaj. To jest niezwykle cenne, że do Łodzi można zaprosić dowolny zespół, który ma silną pozycję artystyczną. I często bardzo ambitny program, który gdzie indziej najprawdopodobniej nie przejdzie, nie spodoba się tak bardzo jak tutaj.

A spotkał się pan z takim zarzutem, że skoro są to spotkania baletowe, to dlaczego jest w nich tyle tańca współczesnego?

Bardzo chciałabym, żeby ten repertuar wielki też w jakiś sposób mógł zostać włączony w przestrzeń festiwalową, ale to są gigantyczne koszty. Rzeczywiście w czasach świetności festiwalu było siedem spektakli z czego trzy, cztery były dużymi klasycznymi produkcjami. Ze względów ekonomicznych nie możemy sobie na to dziś pozwolić, ale cieszę się z tego niezwykle, że jest on cały czas atrakcyjny dla publiczności.

Mimo wszystko repertuar minionych spotkań trudno byłoby uznać za ubogi.

Myślę, że bogactwo opiera się na różnorodności. Niedaleko naszej zachodniej granicy, ale również południowej i północnej można znaleźć wspaniałe zespoły, które z chęcią do nas przyjechałyby, ale to jest kwestia kilkuset tysięcy za jeden spektakl. Czy mamy w związku z tym zrobić pół spotkań baletowych? Gdybyśmy chcieli przywieźć Den Kongelige Ballet z Kopenhagi czy balet z Drezna, które są stosunkowo blisko to byłoby to tylko jedno spotkanie publiczności zamiast całego festiwalu. Takie mamy realia, które wymuszają na nas pewne ograniczenia treści i formy.

Cały czas mam w pamięci festiwalowy występ L-E-V. Sześciu tancerzy potrafiło wypełnić całą scenę i nie potrzebując do tego żadnej scenografii, natomiast bezdyskusyjnie przyciągnęli uwagę. Niezależnie od tego, czy tańczyli w kompletnej ciszy, czy przy głośnej muzyce, wykreowali kompletnie inną rzeczywistość, w którą bardzo skutecznie wciągnęli publiczność. Czy my właściwie tu w Łodzi mamy takich tancerzy? Pytam o to w kontekście audycji baletowych, które co jakiś czas odbywają się w Teatrze Wielkim.

To kwestia choreografki, która dobiera sobie tancerzy do autorskiego projektu, do zespołu. Na taką audycję może przyjechać parę tysięcy osób. Problem tam jest taki, jak z dwóch czy trzech tysięcy osób wybrać tę właściwą szóstkę. Tak ten świat jest w tej chwili skonstruowany, że tam są tysiące ludzi, którzy szukają pracy i mam wrażenie, że największym problemem jest wyselekcjonowanie tych właściwych osób. Natomiast jest pierwsza i druga liga analogicznie do sportu i tancerze z jednego zespołu idą do drugiego. Pytaniem jest, jak zaplanować swoją karierę wykonawczą, żeby dojść do tego najwyższego poziomu wykonawczego.

Czasu może na to zabraknąć, skoro kariery są takie krótkie.

I tak mało jest tych najlepszych zespołów, w których wszyscy tancerze chcieliby tańczyć.

I wakatów w tych zespołach.

I wakatów. Właśnie.

Czy dobry tancerz rzeczywiście powinien umieć zatańczyć wszystko – od klasyki po najtrudniejsze style współczesne? Musi być uniwersalny w tym, co robi?

Myślę, że musi być uniwersalny. Uniwersalny to modne słowo dzisiaj. Natomiast, jeżeli mam do dyspozycji tancerza i wiem, że w jakiejś technice jest dobry, to dla mnie nie ma znaczenia, czy jest tancerzem współczesnym czy klasycznym. Bo jeżeli ktoś jest dobry, to mam możliwość skorzystać z tych jego nadzwyczajnych umiejętności w jakimś zakresie.

Czyli ideałem dla choreografa jest mieć swój autorski zespół?

Dla wielu choreografów tak.

A dla pana nie?

Dla mnie nie. Po prostu posiadanie zespołu to nie jest problem. Problemem jest obudowanie tego tym, co powinien mieć profesjonalny, dobry zespół, żeby mógł funkcjonować – środki, repertuar, możliwość posiadania własnej siedziby, odpowiednią przestrzeń, gdzie te spektakle można byłoby prezentować. To w naszych warunkach na poziomie najwyższym zrobić jest często niemożliwe lub bardzo trudne. W związku z tym wydaje mi się, że ja jako choreograf wolę być gościem zapraszanym niż być osobą, która w jakiś sposób walczy o to, żeby zespół przeżył. A przeżycie nie jest celem samym w sobie. Chodzi o rozwój i ekspansję artystyczna. Świadomość wymagań jakie stawia współczesny rynek sprawa, że odmawiam, jeżeli takie propozycje się pojawiają.

A który z tancerzy występujących podczas minionych Łódzkich Spotkań Baletowych przykuł pana uwagę w szczególności?

W ogóle byłem świadomy jakości i klasy artystów, których zaprosiliśmy. Nie chciałbym, żeby to wyglądało na chęć przypodobania się zespołowi Teatru Wielkiego w Łodzi, ale na przykład sceniczna Julia i Romeo, którzy zatańczyli nasz spektakl byli pewnym objawieniem dla mnie.

Na pokazach festiwalowych wystąpiły dwie pary. Którą parę solistów ma pan na myśli?

Ja widziałem podczas Spotkań tylko jeden pokaz, ten premierowy. Ale rzeczywiście to było dla mnie niezwykłe doświadczenie, takie metafizyczne. Może sam Szekspir nie był kluczowy w tym spektaklu, ale to wszystko, co działo się na scenie było tak mocno osadzone we współczesności w atmosferze dramatu historii niemal antycznej, niespełnionej miłości i bez happy endu... Ja w ogóle nie przepadam za tematem Romea i Julii, bo się źle kończy. Ale to było dla mnie takie olśnienie, że polscy artyści potrafią to zatańczyć, bo było tu dużo trudnych technicznie rzeczy.

Mnie zauroczyła Kata Ban w roli Julii i to zauroczenie cały czas trzyma. Najlepszy występ?

No muszę powiedzieć, że ja mam z tym kłopot. Może powiem tak: najdłużej czekałem na prezentację „Wieczoru Cunninghama” i zespół baletowy Opery Narodowej w Lyonie.

Przed nami kolejne XXVIII Łódzkie Spotkania Baletowe. W kwietniu 2026 roku zaprezentują się cztery zespoły. Jako pierwszy wystąpi zespół Baletu Teatru Wielkiego w Łodzi z premierą SUPERNOVA. W dalszej kolejności pojawią się łódzkiej scenie ze swoimi spektaklami English National Ballet, Gauthier Dance i Companhia Nacional de Bailado. Udało się panu zaprosić ciekawe zespoły.

Program najbliższej edycji jest efektem pracy kolektywnej. Spotkania to wielkie przedsięwzięcie logistyczne, działamy wspólnie jako team. Dyrektor Marcin Nałęcz - Niesiołowski ze swoim menedżerskim doświadczeniem bardzo nam pomaga na wszystkich etapach planowania i realizacji programu. W naszych wspólnych działaniach uczestniczy również Joanna Szymajda, kierowniczka baletu Teatru Wielkiego w Łodzi oraz impresariat naszego teatru.

Czego zatem możemy się podziewać?

W ramach XXVIII edycji Łódzkich Spotkań Baletowych w kwietniu i maju 2026 zobaczymy wspaniałych gości: English National Ballet z programem dwójki ikonicznych postaci światowej choreografii - Crystal Pite oraz Williama Forsythe`a. Prace innych utytułowanych twórców przedstawi po raz pierwszy w naszym kraju Gautier Dance. Goście z Niemiec zaprezentują wieczór choreograficzny Akrama Khana ''Turning of Bones'' oraz program etiud pt ''Elements'' w choreografii Sharon Eyal, Andonisa Foniadakisa, Louise Lecavalier i Mauro Bigonzetti. Listę zaproszonych gości zamknie Companhia Nacional de Bailado z Lizbony. My jako gospodarze otworzymy Łódzkie Spotkania Baletowe premierą dwuczęściowego wieczoru "Supernova" w choreografii Sharon Eyal z muzyką Ori Lihtika oraz mojego nowego spektaklu do którego muzykę pisze specjalnie Adam Walicki.

Ta zapowiedź brzmi bardziej niż zachęcająco. Wielbiciele baletu klasycznego znajdą coś dla siebie?

Jak najbardziej. Zależy nam bardzo aby w przyszłości balet klasyczny był zintegrowaną częścią każdej edycji festiwalowego programu. Nasi goście z Portugalii przywiozą do Łodzi ''O Mais'' pełnometrażowy spektakl baletowy w choreografii Fernando Duarte, dyrektora artystycznego CNBi. To wielka gratka dla miłośników tańca w Polsce, ponieważ zespół ten nigdy nie prezentował swoich prac w naszym kraju.

To chyba będą niezapomniane spotkania z tańcem. I tego życzę panu jako kuratorowi Łódzkich Spotkań Baletowych. Dziękuję za rozmowę.

Dziękuję.



i National Ballet of Portugal 








niedziela, 2 czerwca 2024

XXVII ŁSB: Gra znaczeń

 
Zespół Aterballetto Balet z Włoch, który wystąpił jako trzeci na XXVII Łódzkich Spotkaniach Baletowych zaprezentował kompozycje dwóch choregrafów – „Yeled” Eyala Dadona i „Secus” Ohada Naharina. Obie, precyzyjnie wykonane choreografie wywołały niemałe emocje i utwierdziły mnie w przekonaniu, że ten zespół może zatańczyć wszystko.


Początki zespołu sięgają lat 70-tych ubiegłego wieku, założony został bowiem w 1977 roku jako Compagnia di Balletto dei Teatri dell’Emilia – Romagna. Pod nazwą Aterballetto funkcjonuje od 1979 roku. Obecnie jest częścią Fondazione Nazionale della Danza współtworząc Centro Coreografico Nazionale powołane we Włoszech w 2022 roku przez włoskie Ministerstwo Kultury. W zespole zatrudnionych jest 16 tancerzy solistów, którzy potrafią tańczyć w każdym stylu. Z powodu tego swoistego uniwersalizmu ruchowego mogą pracować nad bardzo wymagającymi kompozycjami choreografów o międzynarodowej sławie jak np. Johana Ingera, Angeliny Preljocaj, Marcosa Morau, Philippa Kratza, Francesci Lattuada, Iratxe Ansy i Igora Bacovicha, Eyala Dadona czy Diego Tortelli’ego. Sięgają również po wznowienia starszego repertuaru niektórych znakomitych choreografów, np. Jiri Kyliana, Ohada Naharina i Williama Forsythe’a czy Crystal Pite.



Fot. YELED, Claudio Montanari




Miałam przyjemność obejrzeć pierwszy występ, 17 maja. W pierwszej części wieczoru Aterballetto zaprezentował polskiej publiczności „Yeled” Eyala Dadona. Choreografia była zaskakująca, trudna także od strony aktorskiej i opowiadała o stawaniu się dorosłym. Ale nie chodziło w niej o sam proces dojrzewania a o to, jakie ponosimy emocjonalne i społeczne konsekwencje stawania się dorosłymi – tak ją odczytałam. Scena została podzielona na trzy strefy, które tutaj umownie nazwę strefami dzieciństwa, dorastania i dorosłości. Do strefy dorastania prowadziły małe drzwi ustawione z przodu, w prawym rogu sceny, którymi tancerze wczołgiwali się na scenę. W antrologicznym ujęciu był to moment narodzin. Bardziej z tyłu sceny, po lewej stronie stały drzwi normalnych rozmiarów, przejście przez nie oznaczało stanie się dorosłym i zapomnienie o wszystkim, co i w jaki sposób doświadczaliśmy jako dzieci.

Zasadnicza część choreografii rozgrywała się w strefie dorastania - tu zderzały się doświadczenia dziecka i osoby już dorosłej, pojawiała się jakaś nadzieja, miłość, strach, nienawiść – cała gama sytuacji i emocji. Tu rozbrzmiewały wątpliwości a tancerze obrazowo zmagali się z chęcią zapomnienia o dorosłym świecie i powrotem do czystości dziecka. Dość zasadniczo odniósł się choreograf do świata dorosłych, jednoznacznie utożsamiając go z rywalizacją, walką, śmiercią, z czymś wyreżyserowanym, fałszującym nas samych. Bo czy w takich okolicznościach można być sobą? Czy jako nie-dzieci jesteśmy lepsi albo mądrzejsi? I kiedy to się mogło stać, że zapomnieliśmy o własnym dzieciństwie, czystości czy szczerości wobec innych? I to nieodparte pragnienie powrotu do jasności i czystości świata dzieciństwa… Choreografia niezwykle precyzyjnie zarysowała emocje wynikające z tego rodzaju tęsknot. Kostiumy tancerzy, muzyka, światło dopełniły pokaz tej kompozycji.

Drugą zaprezentowaną tego wieczoru choreografią był „Secus” Ohada Naharina. O ile „Yeled” była kompozycją narracyjną to już na „Secus” należało patrzeć jak na impresję ruchową, która idealnie korespondowała z niesamowicie eklektycznym podkładem muzycznym. Kompozycja choreografii składała się z luźno powiązanych ze sobą etiud tańczonych w różnych konfiguracjach. Całość wyglądała bardzo widowiskowo.

Moją uwagę tego wieczoru zwróciło techniczne przygotowanie tancerzy do realizacji zadań, jakie narzuciły im te dwie, wymagające choreografie. Przede wszystkim niezwykle pociągająca była nieoczywistość precyzyjnych przemieszczeń i gestów, które należało odczytywać przez pryzmat możliwych znaczeń i odwołań. Przecież mogłoby być ich nieskończenie wiele. Ponadto – nie wiem, czy był to celowy zabieg czy nie – przyjęta kolejność prezentowanych w spektaklu choreografii sprawiła, że kompozycja Naharina dopowiedziała „Yeled”. Obie choreografie były stylistycznie do siebie zbliżone a tancerze zatańczyli je w niemal takich samych - kolorystycznie - kostiumach, których dobór był oczywisty w pierwszym pokazie, ale już niekoniecznie w drugim. To znacznie poszerzyło pole do interpretacji pokazu jako całości.



YELED, Fot. Christophe Bernard


YELED, Fot. Christophe Bernard



SECUS, Fot. Christophe Bernard


SECUS, Fot. Christophe Bernard





XXVII Łódzkie Spotkania Baletowe

Teatr Wielki w Łodzi
Duża Scena, 17.05.2024

Zespół: Aterballetto Balet

YELED :


choreografia i muzyka: Eyal Dadon
kostiumy: Bregje van Balen
scenografia i oświetlenie: Fabiana Piccioli

SECUS :


choreografia: Ohad Naharin
muzyka: Chari Chari, Kid 606 + Rayon (mix Stefan Ferry), AGF, Chronomad (Wahed), Fennesz, Kaho Naa Pyar Hai, Seefeel, The Beach Boys
reżyseria i montaż dźwięku: Ohad Fishof
kostiumy: Rakefet Levy
oświetlenie: Avi Yona Bueno (Bambi)
asystenci choreografa: Rachael Osborne, Ian Robinson


czwartek, 16 maja 2024

XXVII ŁSB: Romeo, Julia i Sasha Waltz



Pokaz „Romea i Julii” w choreografii Sashy Waltz był kolejnym, który mogła obejrzeć publiczność XXVII Łódzkich Spotkań Baletowych. Tym razem – w premierowym pokazie - wystąpił zespół Teatru Wielkiego w Łodzi. Zaprezentowana choreografia Sashy Waltz oddała cały romantyzm poematu symfonicznego H. Berlioza a warstwa plastyczna spektaklu niewątpliwie na długo pozostanie w pamięci.




Propozycja Teatru Wielkiego w Łodzi ma kilka mocnych stron. Przede wszystkim kompozycja znakomitej niemieckiej choreografki już sama w sobie jest dziełem – i to takim wyrosłym na gruncie studiów i niezwykłej wprost wrażliwości artystki na sztukę tańca. Sasha Waltz zaproponowała bowiem serię obrazów o wielkiej urodzie. Wykorzystana w choreografii oszczędna, niemal surowa scenografia i monochromatyczne a przy tym doskonale podkreślające dramaturgię poszczególnych scen kostiumy (po trzykroć świetne!) stanowią kolejny poważny atut tego spektaklu.

Istotnym walorem „Romea i Julii” jest również warstwa muzyczna. Nie będę ukrywać, że duże wrażenie wywarła na mnie nie tylko sama kompozycja Berlioza (w moim odbiorze niesamowicie ilustracyjna), ale również jej wykonanie przez orkiestrę Teatru Wielkiego w Łodzi pod kierownictwem Rafała Janiaka. No cóż, słuchanie jej było ogromną przyjemnością. Dodatkowym „smaczkiem” tego pokazu był występ Daniela Mirosława, nagrodzony zresztą przez publiczność dużymi brawami. I słusznie.

Oglądając spektakl odnosiłam jednak wrażenie, że tego wieczoru zespół baletowy niezbyt pewnie czuł się w zaproponowanej przez choreografkę konwencji. Ostrości i ruchy nazwane podczas konferencji prasowej poprzedzającej prezentację choreografii „kanciastymi” były nieprecyzyjne a przez to konflikt rodów Capulettich i Montekich słabo zaznaczony… Wydaje mi się też, że dość trudne było dla artystów tańczenie na pochyłej podłodze sceny, ale to raczej kwestia czasu i zagrania kilku spektakli.

Fantastycznie natomiast zatańczyli Chase Vining (Romeo) i Kata Ban (Julia) – występujący w głównych partiach podczas pierwszej premiery - tworząc niezwykle liryczny duet. Kata Ban była dziewczęca, perfekcyjna i właściwie idealnie pasowała do roli Julii. Chase Vining był równie świetny, niesamowicie naturalny, choć... cały czas był bardziej Amerykaninem niż Włochem. Kupuję jednak jego wersję Romea, bo tak czy inaczej potrafił wywołać naprawdę niemałe wzruszenie. Myślę, że oboje najlepiej z całego zespołu poradzili sobie z wymaganiami choreografii. Trzecim tancerzem, któremu taka sztuka się udała był Koki Tachibana.

Trudno mi jednak docenić (i ocenić) wykonanie przez tancerzy choreografii jako całości, finezję przemieszczeń czy tym bardziej pracę artystów pojawiających się w niewidocznej dla mnie przestrzeni sceny. Niestety miałam nie najlepsze miejsce do oglądania baletu skomponowanego w tak nieoczywisty sposób. Nie wątpię jednak w wartość tej realizacji. I chociaż można byłoby narzekać, że przeniesienie spektaklu z 2007 roku z Paryża do Łodzi jest mało ambitne, to biorąc pod uwagę urodę i artyzm tej wersji „Romea i Julii”, nie można mieć o to pretensji.


Próba generalna, fot. J. Miklaszewska


Próba generalna, fot. J. Miklaszewska



Próba generalna, fot. J. Miklaszewska





***

Romeo i Julia
- H. Berlioz

Teatr Wielki w Łodzi
Premiera: 11.05.2024

Prapremiera: Opéra Bastille, Paryż, 5 października 2007 r.




Realizatorzy:
Choreografia: Sasha Waltz
Dyrygent: Rafał Janiak

Obsada:

Julia: Kata Ban
Romeo: Chase Vining
Ojciec Laurenty: Koki Tachibana
Soliści, Koryfeje, Zespół Baletu Teatru Wielkiego w Łodzi:
Angela Albonetti, Emma Barrowclough, Valentyna Batrak, Izabella Grzybek, Sakurako Onodera, Riho Okuno, Stanislava Pincekova, Sonya Shteyn, Isotta Sellari, Oleksii Balitskyi, Brandon Demmers, Dawid Kucharski, Paweł Kurpiel, Fabian Michaux, Gintautas Potockas, Samuele Sciotto, Dominik Senator, Giuseppe Stancanelli, Emil Tamborski
Soliści Śpiewacy:
mezzosopran: Iryna Zhytynska
tenor: Adrian Domarecki
bas: Daniel Mirosław
Chór, Balet i Orkiestra Teatru Wielkiego w Łodzi




wtorek, 30 kwietnia 2024

XXVII ŁSB: Magia kontrastów



Występem Ballet de L’Opera de Lyon rozpoczęły się w miniony weekend XXVII Łódzkie Spotkania Baletowe. Zespół z Francji zaprezentował spektakl „Merce Cunninghum forever”, przygotowany dla uczczenia 105 rocznicy urodzin amerykańskiego tancerza i choreografa Merce Cunninghama. Premiera realizacji, na którą złożyły się dwie znakomite choreografie, odbyła się 16 kwietnia br. w Opéra National de Lyon. W miniony piątek i sobotę, 26 i 27 kwietnia, obie choreografie mogła podziwiać publiczność zgromadzona w Teatrze Wielkim w Łodzi.


W pierwszej części wieczoru obejrzeliśmy „Beach Birds” z 1991r., w drugiej - „Biped” z 1999r., które znawcy uznają za przełomowe w historii tańca. Kompozycja pierwszej z nich została pozbawiona fabuły i jest kolażem pozornie przypadkowych obrazów i skontrastowanych względem siebie przemieszczeń oraz gestów. Obserwowaliśmy zatem nieduże stado mew a może rybitw, które budzi się o świcie, aktywnie funkcjonuje w ciągu dnia i zasypia wieczorem o zachodzie słońca. Ktoś, kto miał kiedykolwiek możliwość obserwować dzikie ptactwo na plaży zapewne dostrzegł pewne analogie zachowań ptaków i układów skomponowanych przez choreografa. Brak emocji, brak fabuły – czysta sztuka tańca. Czyż może być coś bardziej kojącego dla ludzkiego oka? Kostiumy, scenografia i światło, które do premierowego przedstawienia stworzyła Marsha Skinner, dopełniły kompozycję swoistą czasoprzestrzenią: wiemy, że jesteśmy na plaży, wiemy, że obserwujemy ptactwo wzbijające się do lotu, żerujące, odpoczywające, ptactwo szybujące wysoko nad ziemią. Wiemy też, że nasza obserwacja trwa cały dzień – od świtu do zmierzchu.



Fot. Agathe Poupeney / Opera de Lyon / mat. promocyjne



Nie było jednak ani nudno, ani sennie. Choreografia Cunninghama nadal zadziwia swoją precyzją, bardzo wyraźnym skontrastowaniem tempa, nieoczekiwanym dla widza przechodzeniem od etiud solo do duetów i bardziej rozbudowanych układów tanecznych.



Fot. Agathe Poupeney / Opera de Lyon / mat. promocyjne



Jakże odmiennie przedstawia się druga choreografia. Aby ją stworzyć Cunningham wygenerował ruch za pomocą programu komputerowego. Był rok 1989, kiedy artysta rozpoczął studia nad wykorzystaniem technologii w choreografii. Wtedy oprogramowanie Life Forms, z którego korzystał, pozwalało jedynie przedstawić zaledwie zarysy postaci ludzkiej w trójwymiarowej przestrzeni. Tworzone przy pomocy komputera sekwencje ruchowe – często fizycznie niemożliwe do wykonania – Cunningham przekazywał tancerzom do realizacji. Dlatego choreografia „Biped” jest taka niezwykła – odrzuca bowiem to, co oczywiste, wygodne i naturalne a pozwala badać wszystko, co wydaje się niemożliwe do osiągnięcia. I to właśnie oglądaliśmy - nieprawdopodobne wprost układy, diabelnie trudne technicznie i przywodzące na myśl maszyny czy roboty. Również ta choreografia została zbudowana na kontrastach i nieoczywistych zestawieniach gestów.



Fot. Agathe Poupeney / Opera de Lyon / mat. promocyjne



W epoce błyskawicznego rozwoju nowych technologii i sztucznej inteligencji zadziwia nowatorska myśl choreograficzna, jaką tu można było obserwować a która nabiera obecnie dodatkowego znaczenia. Czy oglądaliśmy odhumanizowanego człowieka współczesnego czy ludzkie roboty z powieści futurologicznej? A może to były produkty przemysłu bionicznego, który prężnie rozwija się i jak się zdaje będzie przyszłością medycyny i produkcji światowej? Dopełnieniem pracy tancerzy była scenografia i animacje wyświetlane na kurtynie z przodu sceny. Paul Kaiser i Shelley Eshkar wykorzystując technologię Motion Capture przekształcili ruch tancerzy w gigantyczne postaci multiplikujące taniec występujących artystów. Robiło to naprawdę duże wrażenie. Plusem była również świetna muzyka.

Występ Baletu Opery Lyońskiej, uważanego za jeden z najbardziej progresywnych zespołów baletowych na świecie to niewątpliwie mocny akcent tegorocznych Łódzkich Spotkań Baletowych. Odtworzenie dwóch choreografii Cunninghama, choć początkowo mogło budzić wątpliwości, co do zasadności ich wyboru do pokazania podczas ŁSB - nie rozczarowało. Zestawienie tych dwóch kompozycji, pierwszej nawiązującej do natury i drugiej opartej na technologii, pozwoliło unaocznić wiele problemów, z jakimi zderza się współczesny człowiek i nieuniknionych wyzwań, przed jakimi staje.



Fot. Agathe Poupeney / Opera de Lyon / mat. promocyjne



Zaprezentowane choreografie to bardzo trudne i niezwykle współczesne w odbiorze kompozycje a zostały doskonale, precyzyjnie wykonane. Zawrotne tempo przemieszczeń albo wprost przeciwnie – nagłe zatrzymania i spowolnienia pozwoliły tancerzom wykazać się perfekcyjnym przygotowaniem, co przez polską publiczność zostało nagrodzone gromkimi brawami. Wymiar historyczny choreografii ma tu dodatkowe znaczenie - obejrzeliśmy kompozycje przygotowane przez znakomitego choreografa a rzadko już pokazywane, niemal fizycznie dotknęliśmy historii tańca, ale i dostaliśmy szansę na nowo odczytać oglądane choreografie - tym razem nie przez pryzmat eksperymentu tanecznego, ale jako wyraz przemian cywilizacyjnych i czasów współczesnych. To duża wartość.

Spektakl koniecznie do obejrzenia.


***


Beach Birds
muzyka: John Cage, FOUR3
choreografia: Merce Cunningham
kostiumy i scenografia: Marsha Skinner
zespół: 11 tancerzy (6 kobiet, 5 mężczyzn)

Premiera: 1991


BIPED
muzyka: Gavin Bryars, Biped
choreografia: Merce Cunningham
kostiumy: Suzanne Gallo
multimedia: Paul Kaiser & Shelley Eshkar
oświetlenie: Aaron Copp
zespół: 14 tancerzy (8 kobiet, 6 mężczyzn)

Premiera: 1999



XXVII Łódzkie Spotkania Baletowe
Teatr Wielki w Łodzi
26 i 27.04.2024

Zdjęcia / materiały promocyjne: Agathe Poupeney / Opera de Lyon

niedziela, 21 kwietnia 2024

XXVII Łódzkie Spotkania Baletowe - zapowiedź wydarzenia

 

Już za kilka dni, bo 26 kwietnia rozpoczynają się Łódzkie Spotkania Baletowe. Tym razem publiczność będzie mogła obejrzeć sześć choreografii, które zostaną zaprezentowane przez cztery zespoły z Francji, Włoch i Polski.

Łódzkie Spotkania Baletowe mają już długą, bo 55-letnią tradycję upowszechniania sztuki baletowej i różnorodnych nurtów tańca współczesnego. Publiczność Łódzkich Spotkań Baletowych mogła jak dotąd obejrzeć choreografie wielu znakomitych twórców jak m.in. Maurice Béjart, Alicia Alonso, Jiří Kylian, William Forsythe, Wayne McGregor, Mats Ek, BirgitCullberg czy Conrad Drzewiecki, których prace wyznaczały trendy w rozwoju sztuki choreograficznej, tanecznych form scenicznych i teatru tańca.




Podczas ŁSB wystąpiło wiele niewątpliwie doskonałych zespołów, wśród których można wymienić chociażby Balet XX Wieku Maurice’a Béjarta, Nederlands Dans Theater, Sadler’s Wells, Royal Ballet, Ballet Rambert, Cullberg Ballet, Batsheva Dance Company, Ballet Nacional de Cuba, Stuttgarter Ballett, Elisa Monte Dance Company, Kibbutz Contemporary Dance Company, Akram Khan Company, Corpo Di Ballo, Teatro Alla Scala. Z pewnym rozrzewnieniem wspominam występ Barysznikowa w 2009 roku i występ grupy Sasha Waltz & Guests z SYM-PHONIE MMXX dwa lata temu.


W tegorocznej, XXVII edycji ŁSB obejrzymy cztery prezentacje i sześć kompozycji w tym polską premierę choreografii Sashy Waltz w wykonaniu zespołu Teatru Wielkiego w Łodzi. Wybór proponowanych choreografii niewątpliwie jest interesujący, ale może pozostawiać pewien niedosyt, bo prezentowane kompozycje mają już swoje lata, trudno też uznać je za nowatorskie czy chociaż kontrowersyjne w kontekście obecnych czasów a nawet poprzednich Łódzkich Spotkań Baletowych. Tak czy inaczej kwestia, czy te choreografie przypadną do gustu łódzkiej publiczności pozostaje otwarta, bowiem w ogóle odbiór sztuki jest czymś bardzo indywidualnym. Poza tym w obliczu sytuacji takiej, że niezbyt często może ona oglądać przedstawienia baletowe, cieszy także prezentacja choreografii z 1999 roku, chociaż akurat tę warto a nawet trzeba zobaczyć, bo twórczość Cunninghama to krok milowy w postrzeganiu i rozwoju sztuki tańca.

Kto zatem zaprezentuje się podczas XXVII ŁSB? Otóż, 26 i 27 kwietnia 2024 wystąpi Ballet de L’Opera de Lyon z Francji z choreografiami Merciera Philipa „Merce” Cunninghama BEACH BIRDS i BIPED a 11, 12 i 14 maja 2024 zobaczymy zespół baletowy Teatru Wielkiego w Łodzi w ROMEO I JULIA H. Berlioza w choreografii Sashy Waltz. 16 i 17 maja 2024 wystąpi Aterbaletto z Włoch z dwiema choreografiami YELED Eyala Dadona oraz SECUS Ohada Naharina. Natomiast 21 i 22 maja 2024 obejrzymy L-E-V Dance Company z Izraela w choreografii p.t. OCD LOVE autorstwa Sharon Eyal i Gaia Behara.


Czekając zatem na rozpoczęcie XXVII Łódzkich Spotkań Baletowych już teraz doceniam wysiłek organizatorów włożony w ich przygotowanie. Trzymam również mocno kciuki za zespół baletowy TWŁ, który podczas Spotkań zaprezentuje się w spektaklu premierowym.




Przeciwko przezroczystości. O spektaklu „Niech żyje życie. Rapsodia”

  Najnowsza premiera na Małej Scenie Teatru Nowego im. Kazimierza Dejmka w Łodzi dotyka tematu rzadko obecnego w polskim teatrze w sposób ta...